wtorek, 15 sierpnia 2017

Piękno istnienia

       Czasem są rzeczy i ludzie i sprawy tak piękne, że pozostaje się długo w ciszy nie umiejąc przekazać tego uczucia tak, jakby się chciało.
       Zjazd sierpniowy był piękny, tak piękny, że aż trudno uwierzyć. I najliczniejszy ze wszystkich. Do stołu zasiadaliśmy w trzynaście i pół osoby. Niektóre rozmowy (bo trudno nazwać to wykładami) prowadził Patryk - kiedyś był moim uczniem, teraz przerósł mnie daleko w swoim dążeniu do prawdy i harmonii. Radość. Także Ewa pokazała swój nieprawdopodobnie piękny ogród w sercu wsi - a jest w nim wszystko. I dzieliła się swoją wiedzą zielarki i Czarownicy. Inni wnieśli też nieprawdopodobnie piękne doświadczenia i wiedzę - dziewczęta z Krakowa, z których jedna buduje dom ze słomy, a inna ma ogród, chłopaki, Piotr i Grzesiek, z anastazjowej osady Cedrowe Aleje, Piotr i Krysia ze swoją wiedzą ezoteryczną i wrażliwością, przepiękna Marcela z mężem i córeczką, Piotr - mąż Ewy z kryształowo czystą duszą. Wszyscy ci piękni ludzie, którzy od pierwszego dnia czuli się dobrze razem i nadawali na tych samych falach. Duch latał wysoko, wykłady zamieniały się w płomienną wymianę myśli i idei, praca szła piorunem. A te dyskusje przy ogniu wieczorami!

       Jednym słowem było pięknie. Takie rzadkie w życiu chwile łaski, kiedy wszystko jest cudownie harmonijne i układa się samo w najpiękniejsze fraktale.

      Będą zdjęcia i może nawet filmiki, jeśli Nadworni Mistrzowie Obrazu zechcą je przesłać, ale to później. W każdym razie było pięknie i owocnie.

      Zrozumiałam w tym czasie, że gdyby tacy ludzie mieszkali w osadzie blisko siebie, blask od niej byłby niewyobrażalny. Rzadkie połączenie duchowości i rzetelnej pracy daje niesamowity efekt, do tego połączenie dusz i umysłów, które mobilizuje do lepszego zrozumienia i jest po prostu bardzo, ale to bardzo przyjemne i inspirujące.

     Królu Piotrze, panuj razem z Królową Iwoną nad Alejami i prowadź je mądrze, ochraniaj je. Mądrości i siły Ci nie brakuje.

    Patryk - w swoich elfich podróżach po świecie wracaj czasami do nas, to zawsze będzie święto.


    Wszyscy - pielęgnujcie tę boską iskrę, która jest w Was i która jest solą tego świata.



       Teraz siedzimy i płaczemy - Pierre i ja. Kochamy Was wszystkich! Pierre nie płakał, jak jego brat wyjeżdżał, a płacze jak dzieciak po Was! Ja też....

 P.S. Zajrzyjcie do Kasi, są zdjęcia! http://podbzami.blogspot.com/


A tak na marginesie - jestem zła! Powiedziałam: po 5 zł od osoby! Za wodę i elektryczność! Nie odezwę się do Was przez.... no, co najmniej kilka tygodni. Za dużo zostawiliście! Mogło się przydać na lepsze rzeczy!

niedziela, 6 sierpnia 2017

Zjazd sierpniowy

     Przede wszystkim tak, odbędzie się! I zapraszam wszystkich, którzy chcą przyjechać. Ostrzegam tylko, że komarów jest multum i bardzo gryzące, więc zabezpieczcie się odpowiednio.

    Dzień 11 sierpnia przeznaczony jest na "zjeżdżanie się", zagospodarowywanie, zwiedzanie ogrodu, zapoznawanie ze sobą wzajemnie i z okolicą. Wieczorem ognisko albo kominek w altanie (zobaczymy, jak pogoda pozwoli).
    Właściwe zajęcia zaczynają się 12 sierpnia o 9 rano. Harmonogram podobny, jak w maju. Sprawdził się, więc po co zmieniać. Od 9 do ok. 10 - 10.30 teoria i gadanie, potem wspólna praca i zajęcia praktyczne. Obiad ok.13, czas wolny do 15,30. Znowu teoria i gadanie, trochę pracy lub wycieczka.  Kolacja o 19. Reszta czasu samo wolne.

    Poza komarami grozi Wam zagubienie w dżungli, kleszcze, zaskrońce, śmierdzące owce i końskie muchy. Żeby nie było, że nie uprzedzałam. U mnie ostatnio kiepsko z siłami, więc wszystko jest okropnie zaniedbane.

     Jeśli jeszcze się nie przestraszyliście - to zapraszam!

P.S. Miałam pytania, co przywozić jako żywność. To powiem, czego NIE przywozić. Na pewno kabaczków i cukinii, mamy nadmiar, jabłek też. Z marchewką, cebulą i ziemniakami też damy radę. Poza tym można przywieźć to, co lubicie i co może służyć we wspólnym kotle. Nie musi tego być wiele, tyle, ile oceniacie, że zjecie. Mile widziany będzie ser, masło, śmietana lub kefir do chłodnika (buraczki mamy) kasze czy makarony, owoce poza jabłkami i co kto tam chce.

sobota, 5 sierpnia 2017

Kłębuszek

       Leżą przede mną dwa kłębuszki, niezbyt imponujące, trochę artystycznie nierówne i powęźlone, ale najważniejsze, że własnoręcznie uprzędzone!


Ten malutki, z lewej, to pojedyncza nić z gotowej przędzy. Ten większy - podwojona nić z wełny moich owiec.

         A wszystko to dzięki Pracowni Rzemiosł Dawnych
     https://www.facebook.com/Pracownia-Rzemios%C5%82-Dawnych-1113576658662952/

       Moja tutejsza Babcia potrafiła pięknie prząść i tkać, utkała mi dwie narzuty, zwane tutaj "dywanami" "na posag". Jeszcze do niedawna w prawie każdym domu na wsi kobiety potrafiły tutaj prząść i tkać.  Jako dziecko w czasie wakacji na wsi bawiłam się kołowrotkiem, wprawiałam go w ruch, ale prząść się nie nauczyłam. Jakoś to za mną chodziło, miałam wielką ochotę nauczyć się, czytałam dużo o tym, rozmawiałam ze starszymi kobietami, ale nigdy nie doszło do skutku.
      Zwłaszcza gręplowanie wydawało mi się skomplikowane - wszystkie kobiety twierdziły, że oddawały wełnę do gręplarni. A takowych u nas już nie ma.

      Toteż kiedy zobaczyłam ogłoszenie o warsztatach przędzenia, nie wahałam się. Zarezerwowałam miejsce, wsiadłam w samochód i pojechałam do Łęcza pod Elbląg. Przemiła kobieta, która prowadzi Pracownię, pomogła mi znaleźć zakwaterowanie w pobliskim Tolkmicku, gdzie tuż przy kościele, na małym, schludnym ryneczku jest bardzo fajny (i niedrogi) pensjonat. A na drugi dzień zaczęłyśmy naukę gręplowania i przędzenia.

      Gręplować można ręcznie, takimi dwiema szczotkami podobnymi do tych, którymi czesze się psy, tylko większymi. Moja gospodyni w ciągu godziny nagręplowała cały koszyk przędzy!

      Samo przędzenie okazało się sporo trudniejsze - trzeba skoordynować nie tylko dwie ręce, z których każda robi coś innego, ale też nogę, którą napędza się kołowrotek. Po kilku próbach i lekkiej panice jednak mi się udało. Nauczycielka była bardzo dobra i cierpliwa! A po godzinie przędłam już z przyjemnością. Chociaż oczywiście wiele się jeszcze muszę nauczyć, to jednak już wiem, że dam radę.
      Samo przędzenie ma w sobie coś niezwykle rozluźniającego i hipnotycznego, jak powtarzanie mantry. Człowiek jest jednocześnie skupiony i rozluźniony, przypomina to medytację.

      Teraz szukam kołowrotka dla siebie. Wiem, że jakiś do mnie przyjdzie w odpowiednim czasie i już wyobrażam sobie te jesienne i zimowe wieczory, kiedy ogień trzaska w piecu, wiatr na dworze huczy, a kołowrotek rytmicznie postukuje.

     Sam pobyt w tamtych stronach był dla mnie niezwykle ciekawy. Pierwszy raz tam byłam i wszystko było dla mnie nowe. Tolkmicko jest takim miejscem, które bardzo lubię - małe miasteczko z charakterem, zupełnie inne od podlaskich miasteczek i wsi. Miejscowość turystyczna i latem pełna życia, a jednocześnie bez tłoku i hałasu. Na rynku z fontanną zawsze było miejsce do zaparkowania samochodu. I te kamieniczki z wewnętrznymi podwórkami! Szkoda, że taki wiele z nich niszczeje...

    Odwiedziłam też Frombork, gdzie załapałam się na koncert w katedrze. A to właśnie to, co Gorzka Jagoda bardzo, ale to bardzo lubi.

     Jedna rzecz tylko mnie zdziwiła: prawie całkowity brak pamiątek i rękodzieła, poza odrobiną chińskiego badziewia. Przyzwyczajona do tego, że nawet w niewielkim Lipsku, nie mówiąc już o Augustowie, są muzea i galerie, gdzie można kupić miejscowe rękodzieło, a choćby i takie pół-rękodzieło, jak toczone w drewnie naczynia i misy, nie mogłam się z tym pogodzić. Przy takim napływie turystów! No nic, mam najlepsza pamiątkę tego pobytu - moje dwa kłębuszki.

wtorek, 25 lipca 2017

Wszystko na odwrót czyli wakacje na wsi

         Na wsi wszystko jest na odwrót, zima to wakacje błogie i leniwe, a latem trzeba zasuwać jak mały samochodzik, a i tak nie nadąża się ze wszystkim. Czyli na siwrut wywrót, niż u miastowych. Teraz jest nawał pracy i mało czasu na nią. Z siłami też różnie bywa, ale latem jakoś szybciej się odpoczywa również, mała drzemka w środku dnia zapewnia regenerację sił.
         Na przykład dzisiaj, ale najpierw wczoraj. Wczoraj robiłam sok z białych porzeczek w sokowniku. Wlałam w butelki, a owoce zostawiłam, żeby ściekły z resztki soku - będzie na szybki użytek. Wczoraj też przytargałam z lasu dwa kosze kurek, które zaczęłam obierać, podczas, kiedy robił się sok. Zbieranie było epickie, bo duszny upał wygonił na łów wszystkie komary i inne brzęczące towarzystwo. Tenże upał spowodował, że wypociłam z siebie kilka litrów wody, całe ubranie było mokre, jak z pralki. Mimo to byłam zadowolona, wiadomo, grzybiarze to specjalny rodzaj ludzi, jak "mają branie", to nic ich nie zatrzyma. A tak w ogóle, to pomijając komary, w lesie jest cudownie. Jestem chyba jakimś leśnym stworzeniem, bo zawsze wracam stamtąd w znakomitym humorze, oczarowana, spokojna i rozluźniona. Po przyjściu do domu prysznic, chwila odpoczynku z nogami w górze. Oj, bolą mnie coraz bardziej i nie daj bóg, niedługo mogą odmówić noszenia mnie, bo coraz trudniej mi chodzić. Ale na razie daję radę, więc korzystam.
        Dziś rano musieliśmy jechać do miasta, zakupy i pierdylion różnych spraw, w tym wyłamana część od kosiarki. Pisałam już, że nie lubię miasta? No to potwierdzam. Gorąco, nogi i plecy bolą, w głowie się kręci, wkoło tłumy zirytowanych ludzi. Beton, smród spalin i kanalizacji.  Ale czasem trzeba. No bo nie wszystko chce wyrosnąć w ogrodzie. No i widziałam kobiety sprzedające na targu kurki po 10 zł. za niewielki plastykowy pojemnik i kilkanaście grzybków na krzyż. No to ile zarobiłam wczoraj? Co najmniej 200 - 300 zł. tyle, że nie materialna wartość jest ważna, ale to poczucie samodzielności. I przyjemność ze zbierania, a jednocześnie zaopatrywania rodziny w dobre rzeczy.
       Po powrocie padłam znów ciepłym plackiem, bo wczorajsze chodzenie po lesie odzywało się jeszcze w kościach, a dołożyło się ganianie po mieście. Ale nie można latem długo leniuchować, jak tylko poczułam powrót energii, pognałam do roboty. Nastawiłam ocet z wytłoków porzeczkowych. Nakarmiłam kurczaki kilka razy. Przyniosłam warzywa z ogrodu, oczyściłam i przygotowałam. Wyczyściłam większość grzybów (część zrobiłam już wczoraj) dzieląc je na: duże do słoików, mniejsze do słoików, małe i połamane do smażenia. Umyłam wszystkie grzyby w kilku wodach. Przygotowałam słoiki, zalewę z marchewką, cebulą i zielem angielskim, na słodko-kwaśno, bo do kurek taka bardzo pasuje. Zalałam grzyby w słoikach zalewą i wstawiłam do pieca do pasteryzacji. W tym czasie zrobiłam faszerowaną cukinię z ryżem, mięsem i sosem kurkowym. Wyjęłam słoiki, a wstawiłam cukinię. Usmażyłam te grzyby, które były do usmażenia. Umyłam sterty naczyń.
       No i mamy już noc, a w domu ciągle bałagan i ogródek nie wypielony, hej!
   
      Odkąd tu mieszkamy, to lato własnie kojarzy mi się z takim przyspieszeniem. Nadchodzą jedne za drugimi wspaniałe dary lata. Obfitość! Nie można ich zmarnować, więc człowiek ma ochotę się sklonować co najmniej trzykrotnie. Ale jest też radość i satysfakcja z zapełniającej się spiżarni, ze wzrastającej samowystarczalności. No, tak zupełnie samowystarczalni to pewnie nie będziemy nigdy, ale coraz więcej mamy swojej żywności i zapasów na zimę.


   

poniedziałek, 17 lipca 2017

W dżungli

        Zaginęłam w dżungli, jaką stał się nasz ogród. Wprawdzie chłodne lato nieco opóźnia wegetację - np. w zeszłym roku miałam pomidory już na początku lipca, a tym są jeszcze zupełnie zielone, ale duża ilość opadów spowodowała, że wszystko rozrasta się niezwykle bujnie. Przepadłam w tej zieloności, nie wiem, w co włożyć ręce: czy zbiory i konserwowanie, czy plewienie, czy podwiązywanie pomidorów.

 Nauczyłam się w końcu przesyłać zdjęcia z aparatu męża na komputer, żmudne to i długie, ale mogę udokumentować moje zaginięcie i pokazać Wam zdjęcia jeszcze cieplutkie, dzisiejsze. Tak to wygląda w pochmurny, chłodny dzień, natomiast w słońcu iskrzy się kolorami.
Lawenda właśnie kwitnie, dojrzała do zbiorów. Wysyp ziół jest w tej chwili - na herbatki, na leczenie, na zapachowe poduszeczki. Czy mówiłam już, że chciała bym móc się sklonować, żeby ze wszystkim nadążyć?

Groszek zielony obrodził, jak chyba jeszcze nigdy. Wspina się dzielnie po walcach z leśnej siatki, które zrobili majowi kursanci i ma już ponad 2 metry, chociaż na torebce z nasionami napisane było, że osiąga około metra. Zbieram go koszami od kartofli. A potem łuskanie i konserwowanie. Jadamy go też w różnych postaciach. Mnie najbardziej smakuje prosto ze strączka. No i zupa-krem z grzankami. Pyszności!

         Zaczęłam już podbierać kartofelki, mamy młodą kapustę i zaczyna się fasolka szparagowa. Koper wybujał i własnym ciałem broni kapustę i ziemniaki przed najazdem szkodników. Tylko z marchewki usuwam go konsekwentnie, bo hamuje jej wzrost. Marchewka Pariser Markt (to bardzo wczesne, śmieszne, małe i pękate marchewki, bardziej przypominające kształtem rzodkiewkę, niż marchew) też już jest zbierana i jedzona. Przypomina nam, jak powinna pachnieć prawdziwa marchew, taka, jak w dzieciństwie. W porównaniu z nią kupna jest bez smaku i zapachu.
Podobnie jest z ziołami, czosnkiem, cebulą. Ich zapach jest niezwykle intensywny, smak nieporównany, a i właściwości odżywcze pewnie też dużo większe, niż w uprawach klasycznych.
Zbiory truskawek zbliżają się do końca, teraz "siedzę w porzeczkach". Kolejne bomby smaku i zapachu.
Nie dziwcie się więc, że rzadko goszczę na blogu. Po czterech suchych latach, kiedy płakałam nad spieczonym, łysym ogrodem, teraz zalana jestem obfitością jego darów i pięknem kwiatów.

czwartek, 29 czerwca 2017

Prze-Tworzenie

         Mija czas, a mi coraz trudniej zaglądać na bloga. Mimo chłodnej wiosny i początku lata, natura robi swoje. Ogród znowu stał się nieprzeniknionym buszem, zaczął owocować i zaczął się też wielki czas przetwarzania jego darów. Czas wegetacyjny jest dość krótki u nas, trzeba więc szykować zapasy i od razu zagospodarowywać to, co ogród daje.
        Truskawki obrodziły w tym roku, po kilku suchych latach nareszcie mamy ich obfitość i to pięknych. Oczywiście zjadane są na surowo, poza tym robię dżemy i soki. Obrodził groszek zielony, pięknie pnie się po walcach z siatki leśnej. Ten najwcześniej zasiany też już jest zbierany. Co ciekawe - chłody zahamowały wzrost groszku wysianego na początku kwietnia, tak, że przez pewien czas jego wielkość była taka sama, jak tego wysianego na początku maja. Natomiast zaczął owocować odpowiednio wcześnie. Czyli warto siać wcześnie.
       Jem już też wczesną kapustę, przepiękne, niewielkie, ale zwięzłe główki. No i oczywiście zioła, cebulka dymka, botwinka, rzepka (bo rzodkiewka już się skończyła), rozmaite sałaty, roszponka, pieprzniczek, rabarbar itp...
       Na strychu sukcesywnie suszą się kolejne zbiory ziół i przypraw. Jak tylko deszcze ustaną, trzeba będzie zbierać porzeczki.
       Fasola, chociaż nieco uszkodzona na początku czerwca przez przymrozki, też dzielnie sobie poczyna i przez ten miesiąc wspięła się już do korony ustrojstwa oraz wykształciła dużą liczbę pąków kwiatowych. Wewnątrz kręgu utworzonego przez sznurki do fasoli było puste miejsce, więc posadziłam tam kilka flanców późnej kapusty, których miałam nadmiar. Rosną przepięknie, zagłuszając (no, prawie) chwasty. Jako roślina znosząca półcień, kapusta nadje się w takie lekko zacienione miejsca.

      Niestety, nie udało się zebrać siana. Trochę tylko, tyle, ile z mężem daliśmy radę skosić i wysuszyć między deszczami. Będę chyba musiała kupić....

     Na czerwcowym zjeździe było pusto, przyjechała tylko jedna para i, w dniu ich wyjazdu, zaprzyjaźniona z nami od kilku lat miła znajoma. Zdarzyła się też pewna przykra historia - pani, która przyjechała na kurs, złapała kleszcza. Twierdzi, że był rumień i że musi teraz przyjmować antybiotyki. Dlatego uwaga: za kleszcze, komary i inne żmije nie biorę odpowiedzialności. Tu jest dziki park Biebrzański, trzeba się też z tym liczyć i odpowiednio zabezpieczać. A przede wszystkim dokładnie codziennie oglądać ciało, zwłaszcza po wycieczkach. Ale nawet w ogrodzie można je znaleźć. I stosować odpowiednie replenty. Olejki naturalne są naprawdę skuteczne, ale co kto lubi.

   Czarna kurka wysiedziała 5 kurczaczków. Niestety, którejś nocy (a raczej nad ranem) do małego, przenośnego kurniczka włamało się jakieś duże zwierzę i wyniosło kurę het, na łąki i jeszcze dalej. Tylko czarne piórka znaczyły trasę. Z 5 kurczaków znalazłam 3, z tym jednego po wielogodzinnych poszukiwaniach i polowaniu. Uciekał jak mysz i odzywał się w coraz to innym punkcie ogrodu.
    Teraz próbuję wychować je w domu, a nie jest łatwo. Do tej pory kurczaki u nas lęgły się co roku, ale zawsze były wychowywane przez matki.
    Przy dwóch nieznośnych psach i dwóch kotach, co wiadomo, musiałam znaleźć bezpieczne miejsce. Na dokładkę lampy u nas mają żarówki energooszczędne i nie grzeją, a jest chłodno... No i znalazłam bezpieczne miejsce - duże drewniane pudło z kurczakami wstawiłam do piekarnika kuchenki. Tam też jest lampka, która grzeje. Zacisznie, bez przeciągów. Chociaż brzmi nieco makabrycznie. Regularnie trzeba to-to karmić, poić i zmieniać podkłady. Na noc gaszę światło, a wstawiam termoforek. I tak czas leci. Czekam na ciepłą pogodę, żeby wyprowadzać je na spacerki do kojca na podwórzu.
    Wczoraj dranie postanowiły wykąpać się w spodeczku z piciem. Kiedy zobaczyłam je, takie mokre i łyse jak dinozaury, to nie było wyjścia - kurczaki za pazuchę, pod polarek i schnąć! Chyba było im tam dobrze, bo mościły się i spały, dopiero kiedy wyschły, zaczęły się wiercić i wyglądać przy szyi. Mam nadzieję, że przeżyją...

niedziela, 4 czerwca 2017

Taniec czasu

        W ogrodzie kolejne epoki kwiatowe tańczą przesuwając się w korowodzie: kończy się u nas Epoka Bzów i Konwalii, zaczyna się Epoka Łubinów i Kalin. Za nią czeka Epoka Jaśminu i wiele, wiele innych. Jedne zostają dłużej, inne tylko migną przed rozpłynięciem się gdzieś w niebycie do następnego roku. Pięknie jest.
      Pięknie, chociaż nie łatwo. Wczoraj przeszła fala nocnych przymrozków. Niezbyt silnych i takich "wyspowych", ale wystarczyło, by zwarzyć kabaczki i częściowo fasolkę, już wysoką, która zaczynała wspinać się po sznurkach struktury postawionej przez majowych stażystów. Niestety, przesieka otwarta w naszym lasku przez pracowników elektryki dała dostęp do Nowego Warzywnika takim pełzającym wrogom. Biegnie ona akurat w kierunku północno-zachodnim, skąd zwykle przybywa zimno i wiatr. W tym samym warzywniku dynie, które rosną chronione zagajnikiem, nie ucierpiały wcale. Klimat nas w tym roku nie rozpieszcza.
     Niektóre rośliny wcale nie wzeszły, np. pietruszka. Nie wiem, czy to wina zawirowań pogodowych, czy nasion. Pan ze sklepu ogrodniczego powiedział mi, że wielu ludzi skarży się, że wschody roślin były złe i kupuje nowe nasiona na dosiewanie. W każdym razie w tym roku będę miała własne nasiona pietruszki, z korzeni pozostawionych w ziemi z zeszłego roku. Może będą bardziej żywotne. Na szczęście ładnie wschodzi pasternak, który może pietruszkę zastąpić.

     No i sucho jest. Na zachodzie Polski pada, a u nas już od ponad miesiąca nic.... Na dziś zapowiadają deszcz, zobaczymy. A że kilkumilimetrowe siewki mają takież korzonki, to niestety, trzeba podlewać. One jeszcze nie mogą sięgnąć w głąb gleby.

     Przed nami spotkanie czerwcowe. Mam nadzieję, że będzie równie sympatyczne, jak majowe. Zaczynamy spotkania 14 o godzinie 9 rano. Dobrze więc było by, żebyście dotarli na miejsce w przeddzień, żeby mieć czas się rozgościć i zadomowić oraz odpocząć, bo będzie intensywnie! Jeśli ktoś nie może, to trudno, choć trochę szkoda.
     W zasadzie do tej pory nie wiem, ile osób dokładnie przyjedzie, więc trudno mi powiedzieć, gdzie będziecie spać...Na górze są 2-4 miejsca, reszta będzie musiała zadowolić się namiotami.
    Co zabrać? Oprócz śpiworów i jedzenia "składkowego" nie od rzeczy będą jakieś replenty na komary. Nie ma ich jakoś tragicznie dużo, ale potrafią być dokuczliwe, zwłaszcza o zmroku. Warto też, żeby nie być lądowiskiem dla komarów, zaopatrzyć się w odpowiednie ubranie. Raczej zwiewne giezła i dżellaby, niż kuse szorty i topy na ramiączkach. Czyli coś, co okrywa całe ciało, a jednocześnie nie grzeje. My radzimy sobie za pomocą odstraszacza własnej produkcji, złożonego z alkoholu, wody i olejków aromatycznych. Ważne, aby olejki były naturalne, nie chemiczne. W końcu chyba udało mi się znaleźć dobrą formułę, bo mieszanina, rozpylona na ciało i ubrania, jest skuteczna.

     Jeśli ktoś potrzebuje dokładnych danych dla dojazdu, to proszę o wiadomość na maila. Odpisze najprędzej, jak będę mogła.

    Prosicie, to napiszę. Formułę na odkomarzacz, banalnie prostą. Skład: 2 buteleczki spirytusu salicylowego (takie małe, plastykowe), trochę mniej przegotowanej i ostudzonej wody, 40 kropli lawendy, 40 kropli goździków, 40 kropli werweny lub limonki (lub innego cytrusa). Może też być melisa, ale i tak zapach jest powalający.
 

sobota, 13 maja 2017

Wieża ziemniaczana

       Miałam sporo pytań o tę konstrukcję, którą zrobiliśmy w czasie "majówki":
   Jest to wieża ziemniaczana, nowość u nas, ale znana już wielu zwolennikom permakultury. W zasadzie jest to walec z siatki o dużych oczkach, wypełniony warstwami materii organicznej i ziemi, w którym sadzi się ziemniaki. Również warstwowo. Sama tego jeszcze nigdy nie robiłam, ale słyszałam różne opinie - od zachwytów do rozczarowania. Postanowiłam więc spróbować sama.

    Warstwa żółta - słoma, brązowa - gnój, szara - ziemia kompostowa.
     Jak widać, ziemniaki ułożone są warstwowo i tylko najwyższa warstwa rośnie "do góry", te niższe wypuszczają pędy z boku przez oczka w siatce. Dlatego oczka te powinny być dość duże. Świetnie do tego nadaje się siatka leśna.
      Zalety są oczywiste: wykorzystanie miejsca (co jest ważne w małych ogrodach), niewielka pracochłonność, łatwość zbiorów. Po rozebraniu wieży jesienią na miejscu powinna pozostać kupka kompostu z nowymi ziemniakami wewnątrz. W następnym roku można tam zrobić grządkę.

      Chcę, aby eksperyment się udał, więc od razu wprowadziłam pewne swoje ulepszenia. Dałam nie tylko słomę i gnój, ale też sporo ziemi kompostowej, bo wcześniej stwierdziłam, że ziemniaki stanowczo lepiej czują się w ziemi, niż w samej słomie. Poza tym ziemia zatrzymuje wilgoć, podczas gdy słoma ma tendencję do przesychania. Z tego też powodu zrobiłam walec o średnicy powyżej metra oraz zastosowałam "nawilżanie kropelkowe" czyli butelkę plastykową z dziurkami w dnie, którą trzeba postawić otwartą na szczycie i regularnie napełniać. Oczywiście wszystkie materiały zostały dobrze nawilżone już w czasie budowy. Wieża znajduje się niedaleko domu i zbiornika z deszczówką, doglądanie jej nie będzie więc kłopotliwe.

     Oczywiście poinformuję Was o rezultatach.

     


wtorek, 2 maja 2017

Majówka

      Spotkanie majowe dobiega końca. Było to malutkie spotkanie, 3, a w porywach 5 osób, ale pełne treści i bardzo międzynarodowe, bo swoją obecnością zaszczycił nas William z Kostaryki oraz dwie wspaniałe dziewczyny, Kasia i Malwina. W początkowych spotkaniach i pracach uczestniczył też Jan i Daniela z małą Rutką, wspaniali ludzie mieszkający po sąsiedzku.
      Oprócz codziennych wykładów teoretycznych zrobiliśmy z tą małą ekipą niesamowite rzeczy! Już pierwszego dnia postawiliśmy toaletę kompostową, skonstruowaną przez nieocenionego Jana, mistrza w ratowaniu starych, drewnianych chat. Wychodek jest ładny i funkcjonalny, pachnie świeżym drewnem. A materia organiczna, po skompostowaniu, przyda się do roślin ozdobnych. Kompostu nigdy nie za dużo! A o tym, co robi Jan, można przeczytać tutaj: https://www.facebook.com/2handchata/








      Zbudowaliśmy wieżę na ziemniaki przy pomocy siatki leśnej i posadziliśmy tam ziemniaki starej odmiany niemieckiej w kształcie baranich rogów. Mamy nadzieję, że się udadzą, bo wieżę postawiłam u siebie pierwszy raz, a słyszałam o nich sprzeczne opinie. Na wszelki wypadek część ziemniaków została normalnie posadzona w bruzdach, a część na wałach.
     Pierre uczył kursantów posługiwania się narzędziami, w tym zgiętymi widłami, które zastępują łopatę, motykę i grabie. Przy tych ćwiczeniach została przygotowana całkiem spora grządka, na której wysieliśmy różne warzywa.
      Ustawiliśmy ustrojstwo na fasolę, chociaż jeszcze za zimno, by ją wysiać. W każdym razie stanowisko ma przygotowane.
      Były też zapowiadane wycieczki: jedna do rezerwatu Kozi Rynek w Puszczy Augustowskiej, druga nad Biebrzę i do rezerwatu Trzyrzeczki w obrębie Biebrzańskiego Parku Narodowego.
      Aż trudno uwierzyć, że tyle rzeczy udało się nam zrobić w trzy dni!

      Dziękuję wszystkim uczestnikom!

Teraz oddaję głos uczestnikom:

Jestem bardzo zadowolona z pobytu u Krystyny i Pierre'a. Jechałam długo (z Małopolski), ale zupełnie nie żałuję - wspaniali, gościnni i otwarci Gospodarze, świetnie zaplanowane zajęcia, piękne "okoliczności przyrody".  Uczestniczyłam w stawianiu ekologicznej toalety, testowałam ją - zapach świeżego drewna nie pozwalał na wywąchanie niczego innego :), budowaliśmy wieżę na ziemniaki, o czym Krystyna napisała szerzej. Ale najwięcej entuzjazmu wzbudziła konstrukcja na fasolę - wysoka tyczka, koło od roweru i sznurki. Nie sądziłam, że zobaczę i zrobię tu takie niezwykłe rzeczy. Bardzo spodobało mi się narzędzie zwane croc - krzywe widły, a raczej widełki. Jest bardzo uniwersalne - do zrywania darni, przekopywania, grabienia, wyrównywania grządek, a mąż Krystyny - mistrz niezrównany w posługiwaniu się nim, pozwolił nam uszczknąć trochę tej wiedzy.  Nie przypuszczałam, że spędzę ten czas tak intensywnie - choć teraz, pisząc te słowa, wydaje mi się, że to była właśnie kwintesencja tego, o czym mówiła Krystyna na wykładach - (bio)różnorodność.
Bardzo dziękuję i ogromnie polecam!!!

Katarzyna BezBloga


 Szkolenie bylo dla mnie czyms w rodzaju studiow za snow!
Nigdy nie studiowalam w zadnym systemie.
Nie wiedzialam co chce studiowac,nie chcialam tez  studiowac czegos w co nie wierze.
Zawsze marzylam o  mozliwosci przyuczenia sie od kogos w paktyce: zielarki...szamana...znachora...

Pani Krystyna ma ogromna wiedze i jeszcze wieksza chec jej przekazania.
Wszyscy swiadomi i obudzeni ludzie trafiajac tu, beda wiedzieli ze sa w dobrym miejscu do zdobycia prawdziwej wiedzy o zyciu.

Malwina Gawron



Amo este lugar, la pasion con la que viven cada dia la pareja (Pierre & Krysia), unos dias super llenos de educacion en una escuela radiante, verde y al aire libre. Cada alimento se planta y se cosecha con mucho amor y esa vibracion se siente al cocinar y compartir esos momentos de buena cuchara en una de mis partes favoritas de su casa, Cada momento aqui es una leccion que se queda guardada en la conciencia y en la memoria, se vive una atmosfera limpia, tranquila y en donde se respira, ademas del aire puro, alimentacion conciente, sabiduria, pasion por la vida sana, medicina natural.
Una experiencia que de verdad recomiendo a aquellos que andan buscando volver a nuestras raices, a esos modos de vida autosuficientes, a vivir en completa armonia con la Naturaleza en una region preciosa de Polonia, rodeada de aves, lagos y bosques virgenes. Infnitamente agradecido con mis amigos Pierre & Krysia por sus enseñanzas sobre permacultura, construccion de huertos, agricultura biodinamica y medicina natural. No esta de mas tambien mencionar a los bellos animales que conviven aqui en la finca: Luna, Tiki, las ovejas, la pareja de gatos negros, peces, pajaros, gallos, gallinas y el sin numero de microorganismos que regalan un clima primaveral calido y tierno.
Dz
ęnkuję bardzo i smacznego!

-William Gonzalez Miranda, Costa Rica 


No to by było na tyle. Ratunku, czy ktoś zna hiszpański?

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Czekając

       Pisałam już, że lubię jesień, bo wtedy już się na nic nie czeka. wiosna jest cudowna, ale mocno kapryśna. Wiele razy już to odczuliśmy - były wiosny, gdzie przez calutki maj nocami były silne przymrozki, a w dzień susza, było też tak, że śnieg leżał do końca kwietnia. Ten rok też nas nie rozpieszcza. Pogoda jest niezwykle dynamiczna, zmienia się jak w kalejdoskopie - słońce, deszcz, grad, śnieg, wiatr i znów słońce. Nocami przymrozki. Jeden wspólny mianownik: zimno.
      Widoki nieba i niezwykłych obłoków są bardzo malownicze, tyle, że zepsute obawą o młode roślinki. Patrzę na ogród maltretowany na przemian przymrozkami i palącym słońcem, deszczem, gradem i wiatrem i jestem pełna podziwu, że trwa. Upór tych maleńkich zielonych istot jest zadziwiający: rosną, rozwijają się i trwają. Ptaszyska drą się, jak ptasie radio.
    Siewy i wysadzania na razie są wstrzymane. Co się da, to wysiewam w domu do doniczek, tyle, że na oknach nie mam zbyt wiele miejsca. Pomidory marniutkie. Dawno powinny być przesadzone do dużych donic i czekać w skrzyni pod folią na wysadzenie do gruntu, ale jak je wynieść przy takich nocnych mrozach? W dzień też niewiele lepiej, bo wczoraj było +3 stopnie.

       Mam nadzieję, że na majowe spotkanie pogoda się poprawi. Przypominam: zaczynamy w niedzielę raniutko, lepiej więc przyjechać w sobotę. Można nawet wcześniej, np. w piątek, tyle, że nie będzie wykładów (bo te od niedzieli), ale takie sobie normalne życie. Jeśli to jest możliwe, to dobrze by było zabrać śpiwory albo przynajmniej poszwę od kołdry, którą można potraktować jako śpiworek na ciało. Jakieś koce na wierzch się znajdą, chociaż nie wiem, czy ich wystarczy przy takim zimnie :).

       Czekam więc na poprawę pogody, czekam na Was, pomidorki czekają na wysadzenie, a część grządek na oczyszczenie i przygotowanie do wysiewu. Czas jest pełen czekania.
   

piątek, 14 kwietnia 2017

Spotykamy się! - intensywny kurs permakultury

       Przed przejściem w "stan spoczynku" chciałam podzielić się wiedzą o ogrodach naturalnych i swoimi doświadczeniami z jak największą liczbą osób. Takie zjazdy, naoczne przekonanie się o zaletach i błędach są bezcenne, a mnie naprawdę leży na sercu idea opiekowania się Ziemią i własnym życiem w łączności z Nią. Chcę też odejść od komercji wiedzą w zamian za wymianę, zastąpić relacje komercyjne więzami przyjaźni.
       Propozycja zjazdu w czerwcu spotkała się z takim odezwem, że postanowiłam zaproponować jeszcze dwa inne terminy. chcę móc z każdym porozmawiać, dać możliwość tym, którzy wolą być w małych grupach i tym, którzy wolą świętować w większym gronie.

      Proponuję więc trzy terminy:

1. Majówka, czyli 30 kwietnia do 3 maja. Wiem, że to ostatni moment, ale może ktoś lubi takie "last minute". Oczywiście w tym terminie nie ma mowy o namiotach, chyba, że ktoś lubi sytuacje ekstremalne. Mogę jednak kilka osób zakwaterować w domu. Na górze jest spory pokój i korytarz, oraz kibelek z umywalką. Wprawdzie łóżka są tylko dwa, ale są też materace. To ma być mały, kameralny zjazd dla tych, którym ten termin odpowiada. Pozostaje tylko nadzieja, że pogoda będzie odpowiednia.

2. Zjazd czerwcowy, czyli ten zapowiadany od początku - 14-18 czerwiec. Spodziewajmy się pięknej pogody! Będzie on połączony z sianokosami i zbieraniem siana, więc się przygotujcie! Jest miejsce na namioty, przyczepy, oraz wspomniane wcześniej agroturystyki.

3. Zjazd "Pożegnanie lata" czyli 11-15 sierpień. W ogrodzie to czas obfitości - pomidory, jabłka, wszelkie warzywa. jeszcze dość ciepło, aby obozować (miejmy nadzieję).

       Oczywiście za każdym razem można liczyć na kilka miejsc do spania w naszym domu. Ilość jest limitowane przez Wasze upodobania, bo w końcu można pokotem położyć 20 materaców, tylko trzeba to znieść.

      Warunki zawsze są takie same: przywozicie ze sobą żywność, tyle, ile myślicie, że zjecie. Coś, co można dorzucić do wspólnego kotła. Zależy mi na tym, na wspólnym przygotowywaniu i spożywaniu posiłków. Ponieważ duża część uczestników jest wegetarianami, nastawiajmy się raczej na posiłki wegetariańskie, ale jeśli ktoś przywiezie kiełbasę, żeby ją opiekać sobie na ognisku, to też dobrze. Inni będą opiekać ser lub jabłka.

       W czerwcu i sierpniu dobrze by było zabrać też ze sobą kostiumy kąpielowe. Być w sąsiedztwie jezior augustowskich oraz Biebrzy i nie zażyć kąpieli - szkoda. Planuję na każdym zjeździe co najmniej dwie wycieczki, a wybór jest duży. Bagna Biebrzańskie, Puszcza Augustowska z jej rezerwatami i jeziorami, lasy w Biebrzański parku Narodowym, kładki na bagnach, rzeka, jeziora, Lipsk (czyli stolica polskiej pisanki) - sami wybierzecie, gdzie pojedziemy.

        Oprócz "składki żywieniowej" liczę na mały udział w kosztach mediów (prysznic,woda, elektryczność, bo u nas woda jest podgrzewana elektrycznie, gaz do gotowania itp). Tu będzie skarbonka i każdy włoży tyle, ile może i chce.  Oraz pomoc przez ok.2- 3 godzin dziennie w gospodarstwie i ogrodzie.
 
     Pod spodem daję trzy komentarze, każdy odpowiadający jednemu z terminów zjazdu. Proszę wpisywać się pod tym, kiedy myślicie przyjechać. Wszelkie zapytania i pogawędki - w następnych komentarzach, żeby nie robić bałaganu. Mam nadzieję, że będzie fajnie!

     Oczywiście, o ile ktoś chce przyjechać poza ustalonymi terminami, to tez będzie mile widziany, choć zasady są wtedy nieco inne. Daję schronienie i wyżywienie w zamian za ok. 5 godzin dziennie pomocy w ogrodzie i gospodarstwie. Jednak terminy trzeba najpierw uzgodnić z nami, bo wiadomo, życie ma swoje wymagania, nie zawsze jesteś my w domu, ktoś inny zajął termin itp.

      Jeszcze jedno, chociaż dość trudno mi o tym pisać: to spotkanie jest dość specyficzne, proponuję intensywny kurs permakultury, nie rozrywkowy piknik rodzinny. Dlatego tym razem, ze względu na specyfikę tego spotkania, nie widzę możliwości uczestnictwa w nim małych dzieci. Dla dobra wszystkich, dzieci także. Trzeba by je zostawić samopas przez co najmniej 14 godzin, a tu są zwierzęta, stawy i bagna. Nasz pies też nie lubi dzieci, zdarzało mu się je zaatakować. A on jest tu na prawach współgospodarza. Oprócz tego jest tu całe stadko takich współgospodarzy: Tiki, który nie toleruje innych psów, Luna, która nie toleruje suk, dwa koty, w tym zgrzybiała staruszka, chodzące luzem owce i kury. Dlatego nawet najgrzeczniejsze zwierzę może być problemem. Trochę inaczej to wygląda, kiedy ktoś przyjeżdża z wizytą, a trochę inaczej, kiedy jest grupa zajęta pilnym (mam nadzieję) studiowaniem. Dlatego proszę o zrozumienie - dzieci i psy zabierzemy innym razem, kiedy być może zrobimy spotkanie czysto rozrywkowe.

czwartek, 6 kwietnia 2017

Przyspieszenie

         Nagła wiosna spowodowała takie przyspieszenie wegetacji, że nie wiadomo w co ręce wsadzić. Człowiek czekał, czekał, nic nie robił, bo wszystko zamarznięte i nagle ni z gruszki ni z pietruszki znalazł się w samym środku wiosny!
         A tu jakaś apatia człeka dorwała, zniemożenie totalne. Ból kręgosłupa stał się nie do wytrzymania. A na dodatek senność i ogólne zniechęcenie. I jak tu pracować, pytam, jak? Kiedy marzy się tylko o tym, żeby spędzać czas pod kołdrą i nic nie musieć? Trzeba było coś zrobić, bo żyć tak się nie dało - cały dzień na przygotowanie 3 metrów kwadratowych grządki.... a i smuteczki jakieś się kręciły, i życie uwierało.

       Trzeba było coś z tym zrobić. Mądrzy ludzie dawno radzili mi głodówkę. A lekarz od kręgosłupa wręcz zaproponował mi balonik w żołądku, mimo, że wcale tak dużo nie jem. Poczytałam sobie o efektach ubocznych, o tym, jak się ludzie z tym czyją i o tym, że wielu osobom wcale nie pomogło. Najgorsze były te efekty uboczne - ból, rzyganie, szarpiący głód przy poczuciu wypchanego żołądka. A cała ta przyjemność za ponad 4 000 zł. Dziękuję, mogę to wszystko zafundować sobie bez balonika. I forsa w kieszeni zostanie.
         Jak pisze Utygan, należę do tych, co "tyją od patrzenia na liść sałaty". Zachęcona dobrym przykładem znajomych, z których niektórzy głodowali po 10, a nawet 16 dni, postanowiłam w końcu to zrobić. Z pewnymi obawami, bo pamiętałam jeszcze wielki głód, kiedy byłam na diecie przepisanej mi przez Chińską Panią Doktor. Męczyłam się 6 miesięcy, a wskutek tego utyłam 6 kg.

      Tak więc zaczęłam ścisły post. Nie napiszę, że głodówkę, bo raz dziennie piłam sok, a drugi raz wywar z warzyw. Znaczy się wodę po gotowaniu warzyw. Poza tym herbatki ziołowe i zwykłe. Niezbyt długi był to post, tylko 4 dni, ale o dziwo - wcale prawie nie czułam głodu. Co więcej - czułam się świetnie. Jakby w nagrodę już pierwszego dnia ból w plecach zmniejszył się do znośnego. Potem było tylko lepiej. Energii też jakby od razu przybyło. Może to częściowo piękna, słoneczna aura, może post. W każdym razie senność odeszła, pracowałam dwa razy więcej, niż normalnie i odzyskałam dobry humor. Nie spodziewałam się, że tak lekko i przyjemnie pójdzie. Możliwe, że nasze organizmy są przyzwyczajone do głodowania na przełomie zimy i wiosny, więc o tej porze dobrze i wdzięcznie znoszą takie oczyszczanie.

      Zaczęłam wychodzić z głodówki kilkoma łyżkami zupy, potem kilkoma łyżkami kefiru na piąty dzień. Dziś rano zjadłam kleik owsiany, a na obiad kaszę z kapustą w pomidorach. Tyle, że ciągle pracuję nad "efektem balonika". Czyli biorę malutkie porcje. Mam taki spodeczek-czarkę, mieści się w nim ciut więcej, niż pół szklanki wody. On jest moją miarką. Czyli nigdy nie jem więcej (a często mniej), niż mieści się w ten spodeczek. No i czuję się wręcz przejedzona! Zwłaszcza że teraz zaczęłam jeść dzikie surówki, akurat najlepsza pora na nie.
      Dzikie surówki to wszystko to, co jadalne wyrosło w ogrodzie i na łące, a jest tego sporo. W ogrodzie rozsiała mi się roszponka, jest szczypior i szczypiorek, pędy czosnku, natka pietruszki, sporo innych ziół do skubania. a poza ogrodem - podagrycznik, mniszek, pędy perzu, krwawnik, pokrzywa, jasnota.... a wielu jeszcze nie wymieniłam. Jest z czego robić surówkę! A jaka pyszna!

     W naszej kulturze nie na darmo w tym okresie przypada Wielki Post. Widocznie wiosenne osłabienie najłatwiej zwalczyć w ten sposób.

      W tej chwili mniej już nawet chodzi mi o schudnięcie, ale o pozbycie się bólu i zmęczenia. Akurat to mi się udało. Na oknie stoi już macerat alkoholowy na kłączu różeńca, ale i tak będzie zdatny do użytku najprędzej za miesiąc.

      Tak dobrze czułam się poszcząc, że kusi mnie, by to powtórzyć.
 
        

niedziela, 26 marca 2017

Kompostowanie powierzchniowe

         Czasem słyszę opinie, że tylko my, ludzie, zmieniamy nasze środowisko. Otóż nie tylko my, choć może my najbardziej zachłannie i bez zastanowienia, niszczycielsko. Wiele gatunków roślin przekształca środowisko tak, by było im przyjemniejsze i bardziej wygodne do życia. Ciągle w naturze odgrywa się teatr zmian i następowania po sobie różnych biotopów.
          Najłatwiej można zaobserwować to zmienianie środowiska na przykładach lasu liściastego i iglastego. Dorzucę tu znów swoje trzy grosze, któryś już raz z kolei, ale prawdy nigdy za dużo: lite lasy iglaste NIE SĄ naturalne w naszym klimacie. Naturalnie występują o wiele dalej na północ. U nas to skutek leśnej "gospodarki", która z jakichś tam powodów upodobała monokultury sosenek. Ostatnimi laty widziałam poprawę na lepsze - w naszej okolicy w cieniu sosen i świerków posadzono młode buki, teraz już całkiem spore. Widziałam też nasadzenia innych drzew liściastych i nawet modrzewi i to nie tylko przy drogach. Mam nadzieję, że obecne, katastrofalne władze leśne, tego nie zepsują.
         Ale wróćmy ad rem. Otóż w lesie sosnowym opadające igły rozkładają się powoli, jednocześnie stopniowo coraz silnie zakwaszając glebę. Próchnicy przybywa tam powolutku, cieniutka tylko warstwa pokrywa szczery piach. Drzewa przystosowują swoje siedlisko dla siebie i swoich przyjaciół, eliminując niechcianą konkurencję. W takich borach spotykamy specyficzne grzyby, jałowce, borówki, czyli czarne jagody i popularne w naszym regionie "pijanice", wrzosy, czasem paprocie, konwalie i niektóre rodzaje traw.
       Inaczej nieco wygląda las liściasty. Bujnie spadające liście szybko tworzą grubszą warstwę próchnicy. Takie lasy wiosną niebieszczeją od przylaszczek i bieleją zawilcami, natomiast latem, w mięsistym, ciężkim cieniu, wegetacja zamiera albo prawie. Za to na polanach i obrzeżach wybucha gatunkami i kolorami.
      Jeszcze inne są słynne czarnoziemy stepowe, gdzie przez tysiące lat trawy i zioła, nietknięte ręką człowieka, rozkładały się, żywiąc obficie następne pokolenia.

      Zwykle ziemia, nie niepokojona przez człowieka, z naturalnymi procesami następstwa gatunków, staje się coraz bardziej żyzna.

     Jednak my nie zawsze chcemy i możemy czekać w naszym ogrodzie, aż ziemia sama stanie się urodzajna. Staram się te procesy przyspieszyć, ale kopiując najlepszych mistrzów, czyli samą naturę. Zauważcie, że w naturze materiały organiczne spadają na wierzch gleby i tam są rozkładane przez cały skomplikowany łańcuch organizmów, żeby w końcu dostać się do gleby pod postacią próchnicy. Szczęśliwi wtedy posiadacze gliniastej ziemi! Próchnica zostaje związana z gliną i powstrzymana przed wypłukiwaniem. A coraz to nowe warstwy ściółki chronią ją od unoszenia przez wiatr.

     Wykorzystuję te naturalne procesy w użyźnianiu swoich grządek. Kompostowanie powierzchniowe jest czymś pośrednim między wałami a ściółkowaniem. Ponieważ robię je na czystej już ziemi, na istniejących już grządkach, które po paru latach stały się mniej żyzne, nie stosuję żadnych kartonów ani grubych warstw. Po prostu najpierw przelecę się z widłami szerokozębnymi, usuwając niektóre uporczywe chwasty z korzeniami. Następnie roztrząsam na ziemię dość cienką warstwę gnoju, którą następnie przykrywam słomą, liśćmi lub sianem. Robię tak zarówno wiosną, jak jesienią (oczywiście w innych miejscach), zależnie od ilości gnoju. Idealne jest to w tunelach, tyle, że tam to trzeba solidnie podlać, żeby zapoczątkować procesy rozkładu.
Na zewnątrz o potrzebne nawilżenie troszczy się Matka Natura.
        Właśnie takie kompostowanie powierzchniowe robiłam ostatnio w tunelach. Pomidory i papryki są dość żarłoczne, więc trzeba im zapewnić to, czego potrzebują. Tylko w skrzyni w pierwszym tunelu dałam czysty kompost, na którym już posiałam rzodkiewkę i sałatę. Będę tam też robić sadzonki. Natomiast ściółka rozłoży się częściowo do maja, kiedy będę wysadzać pomidory, a ziemia pod nią będzie pulchna i wilgotna, bez kopania.

        Oczywiście na takich "zakompostowanych" grządkach trudno jest siać, to dopiero przychodzi w drugim roku. Ale można spokojnie sadzić wiele roślin jadalnych: pomidory, ziemniaki, kapustę, selery, pory, ogórki, dynie, cukinie. Trzeba tylko miejscami odgarnąć ściółkę. W takie "placki" wysiewałam też kukurydzę i słoneczniki, wyrosły pięknie, podobnie jak fasolka szparagowa. Jedynie korzeniowych tam nie sieję, na to mam inne grządki, te, na których ściółka już się rozłożyła.

       Wczoraj zauważyłam, że w nowym warzywniku kret zrobił kopiec. Wyciągnął na wierzch żółta, szczerą glinę, jaka tam była na początku. Porównałam ją z pulchną, czarną ziemią na grządkach i wałach. Wprost wierzyć mi się nie chce, że tylko przez kilka lat udało mi się zmienić do tego stopnia ten kawałek ziemi. I to niewielkim wysiłkiem.

piątek, 24 marca 2017

Róże performerki

           Jak to dobrze czytać blogi fachowców! Na "Blogu w zasadzie ogrodowym" (jest tuż obok, na pasku ulubionych) przeczytałam wiadomość o różach kanadyjskich. Otóż róże kanadyjskie to marzenie leniwego ogrodnika (albo takiego, który ma za dużo roboty i szkoda mu czasu na kłopotliwe zabiegi pielęgnacyjne). Przede wszystkim nie przemarzają, nie potrzebują żadnego okrywania na zimę ani odkrywania wiosną!  Cięcie raczej symboliczne i porządkowe. Na dodatek są w różnych kolorach, pachną (nie wszystkie) i odznaczają się sporą tolerancją na cień. Powtarzają kwitnienie, niektóre kwitną przez całe lato. Marzenie! Może nie są tak kipiące płatkami, jak róże angielskie, ale też bywają pełne i piękne.

        Poleciałam oczywiście sprawdzać u wujka google czy te wspaniałości są dostępne w Polsce Są i to nawet sporo gatunków. Zamówiłam i oto wczoraj z pompą przyjechały cztery Jej Różane Mości:
Therese Bugnet - różowa, wyrastająca nawet do 3 metrów
Luise Bugnet - biała, pełna, nieco mniejsza, bo do 1,50 m.
J.P. Connell - też biała, do 1,2 metra
Morden Sunrise - najmniejsza, tylko 0,70 m., ale za to przepięknie brzoskwiniowa, podbarwiona karminem.
Wszystkie pachnące.

       Sadzonki są silne, duże i porządnie rozgałęzione. Na dokładkę na własnym korzeniu, nie szczepione. Nie będzie więc problemu na styku podkładka - sport, żadnego wyrastania dzikich pędów z podkładki.
      Mam nadzieję, że się im u nas spodoba.

       Nasze róże tradycyjne są już wiekowe i pomału marnieją, mimo okazywanej troski. Będziemy je więc stopniowo zastępować kanadyjkami, bo jest ich jeszcze bardzo liczna rodzina!

    
Tak według netu wygląda Therese Bugnet w pełnym rozkwicie.

wtorek, 21 marca 2017

Święto Wiosny

         Naprawdę przyszła wiosna w swój dzień! Dziś wprawdzie było mokro i deszczowo, ale ciepło. Po niebie przesuwały się szybko deszczowe chmury na przemian z niebieskimi okienkami. Już prawie zapomniałam, że niebo jest niebieskie, bo od tak dawna go nie widziałam. A pod nimi wielopoziomowy balet ptaków rozmaitych sylwetek i maści.
         Trawa, dotąd szarobura, nieśmiało zmienia odcień na zielony.
         Cała okolica wonieje gnojówką, którą użyźnia się łąki. aby więc pozostać w tej samej nucie zapachowej wywoziłam dziś gnój z owczarni i roztrząsałam go w foliakach. Nie skończyłam jeszcze, bo okazało się, że przedtem muszę wyrwać całą plantację perzu spokojnie tam zainstalowanego. Gnój przykryję słomą i liśćmi, zmagazynowanymi od jesieni. Porządnie podleję. Kiedy przyjdzie czas sadzenia pomidorów i papryki, będzie już dobrze przekompostowany.
        Skrzynię długości 10 metrów w starym tunelu wzbogaciłam tylko kompostem, bo zamierzam tam siać nowalijki. Porządnie też podlałam - skrzynia wysycha migiem. Przez noc woda się wchłonie, jutro znowu podlewanie, a pojutrze wysiew rzodkiewek, sałaty itp.
        Przebiśniegi już kwitną na zabój, rozsiały się w różnych dziwnych miejscach w ogrodzie. Krokusy też już zakwitają. Późno u nas, ale cóż, taki klimat.
        Jesienią zostawiłam w ogrodzie trochę pietruszki, kilka zapomnianych cebulek, pory. Wszystko to zbieram teraz, pachnące i zdrowe. Pietruszka ma już zielone listki, cebulki - szczypior. Kilkakrotnie zbierałam już szczypiorek z cebuli siedmiolatki. Dziś znalazłam całkiem wyrośnięte kępki roszponki. Chyba wyrosła pod śniegiem z nasion tych kilku roślin, które zostawiłam w tym celu. Często zostawiam różne sałaty, które wybiły w kwiaty, aby się rozsiały i wczesną wiosną mam niespodzianki.
      Wystarczy te kilka stopni ciepła, a człowiekowi nie chce wracać się do domu. Tyle, że muszę i to dość często - kręgosłup nie żartuje, nogi też. Na szczęście wystarczy kwadrans odpoczynku i można ruszać na nowo. Niedługo będzie można odpoczywać siedząc w ogrodzie, chociaż u nas siedzenie na ziemi zawsze jest problematyczne z powodu mrówek. No nic, zawsze znajdą się ławki, pieńki i leżaki.

     Dziś naprawdę poczułam, że jest wiosna. Już, teraz. Wcześnie w tym roku. Mimo że łąki za domem ciągle zalane wodą i pokryte łabędziami, mimo że mokro, to już jest. Nawet drzewa wyglądają jakoś inaczej - już się obudziły. A ja wiosnę czuję też w zmianie trybu życia i w przyjemnym zmęczeniu.