sobota, 12 maja 2018

Dni w złocie, zieleni i błękicie

        Tegoroczny maj nas rozpieszcza piękną pogodą i ciepłem. Kiedy przypomnę sobie zeszły rok, zimno i zasnute chmurami niebo, to cieszę się, że jest tak pięknie! Dni płyną cudownie rozjarzone słońcem, błękitem nieba i wszechobecną zielenią. Nawet komary nie potrafią mi zepsuć tego czaru, chociaż unikam wychodzenia o zachodzie Słońca.
        Prace w warzywniku postępują spokojnie. Dziś sadziłam pomidory w tunelu, jeszcze sporo ich zostało. Zaczynam też motykować zielsko. A wczoraj przywiozłam z targu cały koszyk rozmaitych kapustnych (kapusta późna, włoska, brukselka, kalafior itp) oraz jeszcze pory i selery. I było sadzenie na wyścigi z komarami po południu. Zaraz idę je podlać, bo ten upał sprawia, że się pokładają.
      Połowę tunelu wyścieliłam kartonami, będę w nich robić dziury i sadzić pomidory. Ten patent sprawdził się w zeszłym roku z kapustą, to może z pomidorami też. Bo muszę się przyznać, że pielenie w folii mnie przerasta - sauna tam niesamowita panuje latem.

      Duże ptaki ustąpiły na niebie miejsca tym mniejszym, tylko czasem przemknie bocian z przekąską dla młodych, a tak to różny drobiazg uwija się na wszystkie strony, śpiewa, pokrzykuje, myszkuje w gałęziach. Żaby wieczorami dają koncerty, a nocą śpiewa słowik.

     Wegetacja jest nieco przyspieszona w porównaniu z innymi latami, ale nie tak bardzo, jak w innych regionach. Noce są chłodne i gwiaździste. Bzy pachną, powoli kończąc swój występ. Kwitną głogi, dobre na serce. Jutro ich nazbieram i ususzę.

      Mam wrażenie, że co dzień jest święto, w tym złocie, zieleni i błękicie.


poniedziałek, 7 maja 2018

Utrudnienia w komentarzach

         Od pewnego czasu jestem zalewana spamem, na dodatek zawierającym wirusy. Przez jakiś czas po prostu usuwałam te komentarze po kilka razy dziennie, ale mnożą się jak stonka i jest ich coraz więcej. Dlatego włączyłam czasowo weryfikację obrazkową, może to ich przystopuje.
         Jeśli nawet to nic nie da, to nie wiem, co robić....

piątek, 4 maja 2018

Jak w raju

          W tym roku wiosna nas rozpieszcza przepiękną pogodą i upałami całkiem letnimi. Aż się wierzyć nie chce, że jeszcze miesiąc temu wszystko było skute lodem! Eksplozja zieleni, kwiatów, zapachów i ptasiego gwaru.  Zmiana scenerii z brązowo-burej szarości w rozedrgany młodymi kolorami raj.

 Kwitnie wszystko naraz - jabłonie, grusze, wiśnie, czeremchy. Zapach wręcz upajający, z zielonymi nutami iglaków. Czy ktoś czuł kiedyś zapach modrzewi? Przecudny! Można w tych zapachach pływać, kąpać się, brodzić... Zwłaszcza wieczorami, po ciepłym dniu, kiedy żaby grają swój koncert, a żurawie na pobliskiej łące im wtórują. Czasem odzywa się klekotka bociana, często śpiew melodyjny drozda i wilgi.


 Groszek pomału wychodzi z ziemi i już woła o pielenie. W tym roku mam 8 takich walców z siatki. A groszek powschodził nierówno: niezawodny Telefon pięknie, nasiona rzekomo ekologiczne - prawie wcale, musiałam dosiewać Sześciotygodniowym.


Można też zajrzeć do inspektu, gdzie w towarzystwie rzodkiewki i różnych sałat rosną sobie dynie Amazonki. Kiedy minie niebezpieczeństwo chłodnych nocy, zdejmę skrzynię inspektową i dynie będą miały dużo przestrzeni wokół siebie.

 To Nowy Warzywnik (tiaaa, nowy - jakieś 15 lat ma). Jak widzicie z pomocą Pierra jakoś sobie radzę z sianiem i sadzeniem. Te grządki to kilkuletnie wały, które już się rozłożyły, pozostawiając próchnicę.


 Pomidory i inne papryki chwilowo czekają, w namiotach foliowych jeszcze ziemia nie przygotowana. Pracuję powolutku, a tutaj obawiam się trochę Zimnych Ogrodników. W tej chwili gromadzę kartony, żeby nimi przykryć ziemię. Ściółka ze słomy bardzo ładnie wygląda, ale niezbyt zdaje egzamin jako zapora przeciw chwastom. Musiała to by być sieczka i bardzo grubo... A kartony, rozłożone w zeszłym roku eksperymentalnie na skrawku ziemi spisały się pięknie.


Kiedyś, bardzo dawno temu, wysiałam nasiona pierwiosnków ogrodowych. Do tej pory mamy ich mnóstwo, w różnych kolorach.

       Pracuję powoli, często odpoczywając. Po raz pierwszy od lat nie kręcę się jak fryga, żeby ze wszystkim nadążyć. Ile dam radę, tyle zrobię. Dojrzałam do kontemplacji, do uczestniczenia. Mogę siedzieć i tylko zachwycać się tym, co robi przyroda przy moim niewielkim udziale.

poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Czas siewu, czas bólu

        Możliwe, że niektórzy z Was zastanawiali się, czemu ostatnio tak rzadko piszę. Moja pasja do ziemi i roślin zostaje ciągle taka sama, mam jednak kłopoty ze zdrowiem, a ściślej - z kręgosłupem. Boli mnie okropnie, przejście na drugi koniec ogrodu staje się problemem. Miewam bardzo bolesną rwę kulszową, oprócz bólu "w krzyżach". Na dodatek tracę władzę w nogach. Oczywiście, leczę się. Do tej pory, od lat, leczyłam się środkami naturalnymi. Tej zimy, kiedy sytuacja stała się katastrofalna, zdecydowałam się na leczenie konwencjonalne.
      Najpierw byłam w centrum chorób kręgosłupa. Wybierałam po nazwie, więc nie wiedziałam dokładnie, co mnie czeka. Niestety, było to leczenie objawowe. Miałam elektrostymulację i leki. Na początku byłam zachwycona, bo nareszcie mogłam poruszać się prawie normalnie. Myślałam, że efekty będą trwałe, ale niestety - skończyły się leki i ból powrócił jeszcze gorszy. Teraz jestem w trakcie robienia badań zapisanych przez neurochirurga, możliwe, że będzie potrzebna operacja.

      Mam wrażenie, że nabawiłam się tego na własne życzenie. Kilkanaście lat temu woziliśmy jabłka na skup i podczas przenoszenia worków coś mi przeskoczyło w dole kręgosłupa i ból był nie do wytrzymania. Naturalnie byłam u lekarza, przyjęłam posłusznie serię zastrzyków witaminy B, potem drugą i trzecią... Nie drążyłam dalej, ból zelżał, choć czasem się przypominał, kiedy zbyt długo byłam w pozycji pół - schylonej. No ale ja byłam odważna - i dawaj taczki budowlane pełne ziemi lub kamieni, kopanie w ogrodzie itp. Okresy bez bólu były coraz krótsze. Na szczęście mijał, kiedy trochę posiedziałam albo poleżałam. Już w zeszłym roku na 15 minut pracy musiałam tyle samo odpoczywać. Tej zimy nie mijał nawet podczas odpoczynku.

     Teraz uwielbiam poranki tuż po wstaniu z łóżka - przez pewien czas nic nie boli, nogi nie są spuchnięte i mogę poruszać się prawie normalnie.

    Chciałabym, żebyście wszyscy uważali na siebie, zwłaszcza kobiety, bardziej podatne na takie wypadki. Szanujcie swoje zdrowie. Organizm, jak każda maszyna, zużywa się, jeśli jest zbyt eksploatowany.

     Mimo to, przy dużej pomocy Pierra, udało się doprowadzić ogród prawie do stanu używalności. Muszę się pochwalić, że sama zrobiłam inspekt. Mamy taką skrzynię składaną na haczyki, z wiekiem obitym folią. Nawiozłam sporą platformę z obornika, nieco większą niż skrzynia. Na to dałam sporo słomy i siana, na tym wszystkim ustawiłam skrzynię i nasypałam ziemi kompostowej. Rzodkiewki i sałata bujają w niej, aż miło.
      Skręciłam jeszcze kilka walców z siatki leśnej, przygotowałam ziemię i wysiałam groszek. Uwielbiam zielony groszek! W tej chwili wygląda to dosyć durnowato, taki szereg siatkowych walców, ale niedługo się zazielenią. Przygotowałam też dwie wieże ziemniaczane, ale mniejsze (czyli niższe), niż w zeszłym roku. Posadzę w nich szczególnie cenne ziemniaczki w kształcie baranich rogów, może Agniecha tej jesieni doczeka się kilku do spróbowania.
       Na jednej długiej grządce posadziłam wczesną marchew i cebulę, reszta jeszcze czeka, bo mam zagwozdkę: czy czekać na czas sadzenia, czy dać je teraz do ziemi?

     Dziś skończyliśmy przekładańca na jednej wyjątkowo zachwaszczonej grzędzie. Przekładaniec metodą Patryka, czyli wprost na ziemię sporo obornika, na to kartony, a na kartony ściółka ze słomy i liści. Zrobię w niej dziury i posadzę dość rzadko ziemniaki, a po 15 maja wsadzę pomiędzy nie kapustę.

     Bardzo lubię czas siania, zwłaszcza kiedy jest tak ciepło i przyjemnie, jak teraz. Niesie on tyle nadziei. To cud podobny do cudu narodzin.

      A kilka białych czapli rezyduje na łące za naszym domem, nad rzeczką Lebiedzianką. Wydaje mi się, że mnie wołają. Może zostaną na gniazdowanie?

„A droga wiedzie w przód i w przód,
Choć się zaczęła tuż za progiem –
I w dal przede mną mknie na wschód,
A ja wciąż za nią – tak, jak mogę…
Znużone stopy depczą szlak –
Aż w szerszą się rozpłynie drogę,
Gdzie strumień licznych dróg już wpadł…
A potem dokąd? – rzec nie mogę.”
     Tolkien

niedziela, 8 kwietnia 2018

Wiosna nam wybuchła

         Pierwsza pojawiła się kiedyś, kilka lat temu, bardzo dyskretnie. Jak duch przemykała wśród trzcin nad rzeczką, która płynie środkiem szerokich łąk zalewowych za naszym domem. Kiedyś, kiedy lodowce topniały, płynęła tamtędy olbrzymia rzeka, niosąca piach i bryły lodu. Piach utworzył na podkładzie z gliny niewysokie wydmy, taką plażę pofałdowaną. Na jednej z nich stoi nasz dom.
        Tylko na przedwiośniu woda znów zalewa pradolinę, tworząc szerokie płycizny, na których buszuje ptactwo.I wczoraj zobaczyłam ich całe stado, rozproszone po obu stronach rzeki i obu stronach mostu i drogi na Lipsk, wiodącej groblą wśród rozlewisk. Eleganckie, niepokalanie białe, dystyngowane. Nie ukrywały się ani się nie bały, jak ta pierwsza. Duże, majestatyczne ptaki - czaple białe. Co najmniej 20, może więcej. Co ciekawe, to stado było mieszane, białym damom towarzyszyło kilka siwych kuzynek. A dziś zaobserwowałam kuriozum - jedną siwą, która miała część piór białych. Czyżby dochodziło do małżeństw mieszanych? Przeszukałam atlasy ornitologiczne i nie znalazłam o tym wzmianki, co nie znaczy, że nie istnieje. O wierzbie karłowatej też nie ma żadnej wzmianki w materiałach Biebrzańskiego Parku Narodowego, a rośnie na bagnach i ma się dobrze.
      Czaple białe, ptaki wielkości bociana, ale o innej sylwetce. Do niedawna w Polsce nie występowały, potem były bardzo rzadkie, ale od kilku ( a może już kilkunastu?) lat zadomowiły się nad Biebrzą i jest ich coraz więcej. Czaple siwe za to były od zawsze, ale też dość nieliczne.


      Ponieważ po zimie ze śniegiem nagle wybuchło prawie lato, mamy co niemiara zajęć w ogrodzie. Pracuję sobie pomalutku, oszczędzając bolący kręgosłup, odpoczywając co kilkanaście minut, ale mimo to coś tam już zrobiłam. Założyłam mianowicie inspekt na grubej warstwie słomy i obornika, a wybierając do niego ziemię kompostową z zeszłorocznej wieży ziemniaczanej spostrzegłam, że ziemia na głębokości ok. 10 centymetrów była jeszcze zamarznięta. To było trzy dni temu, dziś już jest miękka, ale ciągle opita wodą.
      Przygotowałam kawałek oczyszczonej ziemi pod groch. Trudno, będę go siać poza czasem sadzenia, wcześniej się nie dało. Rośnie u mnie w ogrodzie taka roślina z rodziny wilczomleczowatych (wydzielają biały sok po złamaniu liścia), która jest moim utrapieniem. Wypuszcza w tempie ekspresowym pod ziemią długie, kruche kłącza i w przeciągu paru tygodni potrafi doszczętnie zarosnąć grządkę, pokrywając ją gęstą siatką tych kłączo-korzeni. Bardzo trudno ją wyplenić, bo korzenie potrafią schodzić dość głęboko i łamią się bardzo łatwo, a każdy kawałek daje nową roślinę. Właśnie z nimi walczyłam, przygotowując zagonek pod groch.
     Bardzo przydatne w tej chwili są super-widły z Barkowa, przyjazne dla pleców i pracuje się nimi szybciej, niż widłami szerokozębnymi. We Francji mają podobne narzędzie, zwane grelinette.

      Pracuję więc sobie w ogrodzie, w ciepłym słońcu. Czasem przysiadam na ławeczce albo stosie gałęzi, a nade mną przepływają wielkie ptaszyska. Rozpoznaję je - bocian, żurawie, czapla biała, czapla siwa, łabędzie z ich charakterystycznym poświstem skrzydeł, orzeł. Gołąb ukradkiem wpada w świerk, pewnie buduje tam gniazdo, jak w zeszłym roku. Ptasi drobiazg uwija się wszędzie, robiąc masę hałasu. Czasem zatrzepocze motyl. Nastawiam nos na zapachy - jeszcze wczoraj były piękne, ale potem sąsiad polał łąkę gnojowicą i zamiast wąchania mam czyszczenie zatok.... Na szczęście ten odorek po paru dniach mija.
      Kiedy wiatr rozwiewa ten "upojny" zapach, czuć korzenną woń nabrzmiewających pąków i świeżutkiej trawy.
        Korzystam ze słońca, z ciepła, z wolności, kiedy nie trzeba narzucać na siebie kilku warstw odzieży, wychodząc z domu, a można wyskoczyć, jak się stoi. Grabimy, sadzimy, czyścimy. Dobrze jest.
   Fotografia autorstwa Mateusza Matysiaka.

 

niedziela, 25 marca 2018

Koty

        No nie, o mało nie zeszłam na zawał przez tego kociaka! Jeśli idzie o zwierzęta, to już któryś raz, ale tym razem bardzo bolesny, bo podszyty winą.
        Otóż Karmelek zgubił się na całe 3 dni i noce! Szukałam, wołałam, wstawałam każdej nocy po 10 razy, żeby wyjrzeć na dwór. W końcu zaczęłam ryczeć. Żałowałam, że go nie odjajeczniłam wcześniej, ale on jeszcze młodziutki, dopiero szósty miesiąc ma, chciałam jeszcze ciut poczekać. Wprawdzie wyrósł wielki, prawie już tak duży, jak Marszałek, który sam jest dużym kotem, ale dla mnie to ciągle to kociąteczko, które jeszcze przed Bożym Narodzeniem mieściło się na dłoni i spało wtulone w zagłębienie między uchem, a obojczykiem. Ha, któregoś dnia "kociąteczko" próbowało znowu się tak ułożyć, wszedł mu kawałek doopki, a mówiąc ściślej jedno udo. Reszta kota leżała na mnie, sięgając łapkami do pępka. Czyli już chyba czas, a ja jeszcze tego nie zrobiłam.

      No i poszło kociąteczko w świat, a w  domu rozpacz. Wrócił dzisiaj, późnym rankiem - cały, zdrowy i niegłodny. Przywitania nam zrobił gorące, mizianiu, barankom i ocieraniu nie było końca. Coś tam podjadł dla porządku, ale jak na jego możliwości niewiele, ot, żeby pokazać, że nie jest chory. Teraz śpi na moim łóżku. Ani chybi wprosił się do kogoś w gościnę, dał się karmić i podziwiać i zwiał do domu przy pierwszej okazji. Ruda Mordeczka Zdradziecka!

      Zaraz po niedzieli, najszybciej jak tylko się da, pojedzie do weterynarza zostawić swoje klejnoty. Nie chcę przeżywać tego po raz drugi! A kocurki wysterylizowane trzymają się domu, najlepszym przykładem jest Marszałek P. Za to wczoraj zdybałam go na kalenicy dachu, siedział jak czarna figurka kota i gapił się w zachodzące słońce. Nasz dom jest bardzo wysoki, mimo, że parterowy, ale co to było dla Marszałka! Przynajmniej jednak zostaje w pobliżu i grzecznie wraca na noc do ciepełka.                                                                                                                                                                                 

czwartek, 22 marca 2018

Nieudane przeganianie Marzanny i czemu nie mogę planować

          Chcieliśmy tradycyjnie świętować pierwszy dzień wiosny, paląc ognisko, w którym mieliśmy podpalić Marzannę,a następnie utopić ją w stawie. Czyli ognisko miało być nad stawem. Chcieliśmy pozbyć się wszystkiego, co zastarzałe, zimne, złe, a wyszło, jak wyszło.....
          Po pierwsze mój mąż ma momenty, kiedy zachowuje się trochę dziwnie, no cóż podeszły wiek ma swoje prawa. Poza tym, jako dziecko miasta i ciepłego klimatu, nie ma wyczucia tutejszej przyrody i zjawisk w niej zachodzących. Dość, że pięknie przygotował ognisko, ale go nie zabezpieczył, wychodząc z założenia, że jest mokro, bo rzeka wylała, a w czasie odwilży grunt był przesiąknięty wodą. Tyle, że nie zauważył, że jest całkiem spory mróz, który wszelką wilgoć zamroził, jasne słońce i wiatr. To jakoś mu się nie skojarzyło, a szkoda. Dość, że zapalił ognisko wcześniej, wiatr powiał i poooszło po wyschniętej trawie! Jak burza.
        Ja w tym czasie spokojnie pracowałam przy biurku, potem robiłam obiad, cały czas będąc po wschodniej stronie domu i nic nie widząc. Dopiero telefon sąsiada, spanikowanego tym "wypalaniem łąk"w biały dzień i na oczach wszystkich, sprawił, że wyszłam przed dom i spojrzałam na zachód. A tam obraz nędzy i rozpaczy - ogromny szmat łąk, nie tylko naszych, wypalony. Pierre, podobny bardziej do diabła, niż do człowieka, biega gorączkowo i gasi, co może - albo deptając, albo lejąc wodę z wiadra. Czarny na twarzy od sadzy, w popalonej kurtce i spodniach, w gumowych butach spieczonych miejscami do cna, a przy tym mokrych, bo przechodził przez strumień, który ogień przeskoczył po bujnych turzycach, leje łzy nad młodymi drzewkami, które posadził w zeszłym roku i które ucierpiały od ognia.
       Ktoś zaalarmował straż pożarną, przyjechali już po wszystkim, zobaczyli tę kupkę nieszczęścia, którą stał się mój mąż, pięknie ułożone ognisko, które nawet się nie zapaliło porządnie i dali mu pouczenie. Zrozumieli, że to był wypadek.
      W domu, kiedy Pierre już się trochę odmył i ochłonął, okazało się, że ma pęcherze na stopach - poparzył je, zadeptując ogień.
       Sprawdziliśmy - żadne większe zwierzę nie ucierpiało, czyli żaden jeż, zajączek ani ptak. Przynajmniej tyle.

       A najlepsze w tym jest, że nikt z okolicznych mieszkańców nie uwierzy, że to naprawdę nieumyślnie.....

       Czyli człowiek planuje, a wychodzi, jak wychodzi. Ja też ciągle coś robię w międzyczasie, który musi być bardzo pojemny. Ot, choćby dzisiaj - przygotowując obiad chciałam wynieść kurom ususzone i utłuczone na proszek skorupki od jajek - ot, moment, mgnienie oka. Okazało się, że kury domagają się jeść i pić, bo mąż dał im karmę i wodę wewnątrz, a one jak na złość spędzają cały czas na dworze, mimo, że popaduje. No to za konewkę i po wodę, do kurnika, po karmę. Kto wie, jakie są u nas odległości między budynkami, to wie, że zabiera to trochę czasu. Owce, które wypuszczamy codziennie nawet teraz, zwykle cały dzień spędzają na pastwisku, a do obórki schodzą dopiero ze zmierzchem, na solidną porcję siana i wody. A tutaj, nie wiem, czy z powodu pogody, czy zdegustowane spalenizną, stoją przy zamknięciu i meczą wniebogłosy, że chcą do obórki. Więc znowu: nanieść siana i wody, przyprowadzić łowiecki, pogadać z nimi, zamknąć. Jedna z nich wyraźnie  kuleje, tak jakoś dziwnie. Patrzę bliżej, a ona ma drut okręcony wokół tylnej łapki. Musieliśmy gdzieś zgubić kawałek takiego grubego, mocnego drutu, który używamy do grodzenia.
       Na szczęście, będąc w ciasnej obórce i nie mając za bardzo wyjścia, nie panikowała i nie wariowała, dała mi grzecznie nóżkę i zaczęło się rozplątywanie. Dobra, drut zdjęty, ja śmierdząca od przytulania się do runa, owca zadowolona gryzie siano. Idę do domu. A tu ptaki koło karmnika kręcą się jak szalone. No tak, zjadły już poranną porcję. Czyli przynieść słonecznika.
     Tak to wychodząc na minutkę, wróciłam do domu prawie po godzinie. Weź tu człowieku i rób sobie rozkład zajęć, a i tak nigdy nie wiesz, co wyniknie. Tyle, że ja lubię to życie, zadowolone zwierzaki, poczucie spełnionego obowiązku. Tyle, że mąż musiał czekać długo na obiad i warczał, bo głodny był.

środa, 14 marca 2018

Zadbajmy o glebę - mądrze

        Zbliża się wiosna i większość z nas już przebiera nóżkami, żeby jak najszybciej zająć się swoimi ogrodami. Już wysiewamy pomidorki i papryki oraz inne dobroci, już wyglądamy krokusów i przebiśniegów.
        To dobry moment, żeby przemyśleć i ostatecznie zaplanować, jak dbać o naszą glebę, bo to ona jest podstawą dobrych plonów. Staramy się, żeby zrobić to jak najlepiej, szukamy. Chcemy dać jej to, co najlepsze. To normalne.Martwimy się, czy dostarczamy je wszystko, czego potrzebuje. Czasem z tej potrzeby doskonałości wpadamy jednak w sidła: kupujemy bardzo drogie preparaty, przekonani o ich cudownym działaniu. Na ogół działają one cudownie na pojemność kieszeni ich sprzedawców, a naszej glebie nie są potrzebne. Utrzymują w nas mniemanie, że za pieniądze dajemy to, co dobre i naszą zależność od innych. Dla mnie dążenie do samowystarczalności obejmuje także tę dziedzinę.

     Na ogół te środki nie szkodzą, niepotrzebnie tylko drenują kieszeń.
     Zanim kupimy jakiś "cudowny i ekologiczny" środek do poprawienia żyzności gleby, zastanówmy się. Pierwsza rzecz, to znajomość własnej gleby i znajomość zachodzących w niej procesów. A te są bardzo złożone. Biorą w nich udział najrozmaitsze organizmy, minerały, powietrze, rośliny, resztki organiczne itp... Im bardziej żywa gleba, tym więcej mieszkańców posiada. Właśnie duża część bytujących w niej mikroorganizmów, to tzw EM-y. Naturalne, nasze i przystosowane do środowiska. Tymczasem wiele osób ulega marketingowi i kupuje za ciężkie pieniądze EM-y wyhodowane w laboratorium. Gdybyśmy mieszkali na martwej planecie, to miało by sens, natomiast u nas w ogrodach bytują jeszcze nasze naturalne mikroorganizmy. Jeśli chcemy mieć ich więcej, to najlepiej zapewnić im jak najlepsze warunki, po prostu. Wtedy w zwykłym wyciągu z kompostu będzie więcej EM-ów, niż w kupnej butelce. Pozostaje jeszcze pytanie, jakie szczepy bakterii znajdują się w tych butelkach i czy przypadkiem nie okażą się szkodliwe na dłuższą metę, chociażby jako organizmy inwazyjne. Nawet jeśli nie, to po co płacić za coś, co mamy za darmo? Na dokładkę nie wiadomo czy taki masywny dopływ obcych mikroorganizmów nie zaburzy równowagi w glebie. Oraz czy nie będą one zachowywać się jak rośliny inwazyjne, czyli wypierać nasze, rodzime, ze szkodą dla środowiska.


       Same mikroorganizmy nie zapewnią jednak żyzności gleby, żyzność zapewnia humus, czyli wynik rozkładu materii organicznej. Mikroorganizmy tylko przyspieszają ten rozkład.Stosowanie więc EM-ów nie poprawi w czarodziejski sposób żyzności gleby, jeśli nie dostarczymy im tego, co mogą rozkładać. Czyli reklamowanie tego produktu jako nawozu jest kłamstwem. A jeśli już dostarczymy do ogrodu materię organiczną, to nasze własne, darmowe EM-y tak nam się rozmnożą, że hej! Twierdzi się, że kupne EM-y są zupełnie bezpieczne, ale skoro skłamano w jednym, to czy można ufać w innych sprawach?

       Ktoś inny sprzedaje sprasowany węgiel brunatny połączony z mączką z granitów czy bazaltów. O ile mączka jest na niektórych glebach bardzo przydatna, to węgiel jest zupełnie niepotrzebny i nawet nieprzyswajalny w takiej postaci. Na naszych terenach, gdzie granitów i bazaltów jest w bród, nie ma potrzeby stosowania tych mączek. No, chyba jako środka na szkodniki. Przydadzą się natomiast tam, gdzie nie ma kamieni. Chociaż.... drzewa sięgają często korzeniami aż do skały macierzystej, tam wydzielina z korzeni rozpuszcza tę skałę i pobiera potrzebne pierwiastki, które następnie wbudowuje w drewno i liście.
     Natomiast węgiel jest zbędny. Wszystkie organizmy żywe bazują na węglu, dlatego naszej glebie wystarczy ten, który jest zawarty w ściółce i kompoście.

Co warto więc kupić na prezent naszej glebie?
-  jeśli jest kwaśna, to dolomit albo popiół drzewny

- jeśli jest zlewna i zasadowa - mączkę granitową, chociaż bez niej też można się obejść

- można kupić suszone wodorosty morskie lub po prostu resztki ryb i skorupiaków morskich ze względu na zawartość jodu, którego na większości terenu Polski brakuje w glebie, można też podlewać kompost bardzo rozcieńczonym roztworem jodyny

- na pewno i DLA KAŻDEJ GLEBY dobrze jest kupić furę GNOJU, jakiegokolwiek, najlepiej z gwarancją, że nie zawiera antybiotyków i innych świństw. Tu dość dobrym źródłem są stajnie końskie, bo konie bardzo rzadko faszerowane są świństwami, w przeciwieństwie do krów. Ale jeśli ktoś ma dostęp do krowiego nawozu z hodowli ekologicznej, to jest on najlepszy ze wszystkich

-  każdej glebie przyda się też bela SIANA jako ściółki. Siano jest lepsze od słomy, bo nie jest dosuszane rondupem i jako że ścina się je zielone, zawiera o wiele więcej substancji odżywczych i mikroelementów

- słoma też jest bardzo przydatna, zwłaszcza w połączeniu z gnojem.

- nasiona zielonego nawozu zawierającego rośliny motylkowe (bobowate, jak je teraz nazywają), bo współpracują one z bakteriami, wiążącymi azot z powietrza.


      Większość tych dobroci dla gleby możemy zdobyć sami.

piątek, 16 lutego 2018

Sentymentalna kaligrafia

            Kiedy poszłam do szkoły na początku dano nam ołówek, a potem przez cztery lata pisaliśmy piórem ze stalówką. Owszem, długopisy już istniały, pióra wieczne również, ale nam nie wolno było ich używać. Lubiłam pisać piórem jak najładniej. Mam jeszcze zeszyt z II klasy z równiutkimi literkami i szlaczkami, w sumie jedyną pamiątkę ze szkoły podstawowej.
            Każdego roku, razem z podręcznikiem, sprzedawano nam zeszyt ćwiczeń. Potem go nie używaliśmy na zajęciach, ale był. Było w tych zeszytach dużo ćwiczeń z ładnego pisania, najpierw pojedynczych literek, potem całych zdań.  Ponieważ bardzo często chorowałam i rodzina trzęsła się nade mną, nie pozwalając wychodzić na dwór przy brzydkiej pogodzie, miałam dużo czasu na nudę.
          Tak, nuda dziecka potrafi być bardzo twórcza i pożyteczna! Ileż to rzeczy nauczyłam się po prostu z nudów! Wiadomo, komputerów nie było, w telewizji tylko jeden program i to po południu, w ogóle niezbyt interesujący dla dziecka, z małymi wyjątkami, jak "Zrób to sam", "Zwierzyniec" czy Dobranocki. Trzeba więc było czymś wypełnić to morze czasu.
          Za zabawkami nigdy nie przepadałam, nie lubiłam udawać, wolałam robić coś naprawdę. Jedynym wyjątkiem było szycie ze szmatek ubiorów i pościeli dla lalek, tyle, że nikt mi nie pokazał, jak to robić, więc wyniki były dość słabe.
          Co innego może robić dziecko, kiedy się nudzi? Przede wszystkim czytać. Pochłanianie książek zostało mi do dziś. A ile wiedzy zdobyłam w ten sposób! Poza tym rysować, lepić z plasteliny czy własnie ćwiczyć kaligrafię.Na szczęście moja pewna niezdarność, z powodu której zawsze byłam słaba w grach zespołowych, nie obejmuje dłoni. Ręce mam sprawne, nawet bardzo. Lata rysowania i dziergania koronek jeszcze je usprawniły.
         Niektóre wymyślane przeze mnie zajęcia były dość specyficzne. Moja matka do dziś mi wypomina, jak założyłam na strychu hodowlę pająków krzyżaków (chciałam je obserwować, opis hodowli znalazłam w jakiejś przyrodniczej książce) albo jak podpaliłam stół przy jakichś doświadczeniach chemicznych.

        Z tamtych czasów został mi wielki sentyment do pisania piórem, do pięknych rękopisów, papieru i tego uczucia skupienia, nieledwie medytacji w trakcie tego zajęcia.  Kilka lat temu w czasie pobytu w Warszawie wpadłam przypadkiem na sklep z przyborami do pisania. Z sentymentu kupiłam drewnianą obsadkę i kilka stalówek. Atrament mamy ciągle w domu - do wiecznych piór. Wprawdzie dość rzadko z nich korzystamy, ale są.
       Przez kilka lat obsadka i stalówki przeleżały zapomniane, aż odnalazłam je niedawno, przy okazji sprzątania. Mniej więcej w tym samym czasie (zbieg okoliczności? - prawdopodobnie nie ma czegoś takiego) wpadłam na artykuł o kaligrafii. Zajrzałam raz. Potem drugi, trzeci i zaczęłam szukać więcej. Wzięło mnie. Pogoda jest taka, że znowu mam sporo czasu na nudę.
        Wyjęłam więc pióro, atrament, papier - zwykły blok w kratkę, otworzyłam w komputerze wzorniki liter. Zamoczyłam pióro w atramencie.... i wsiąkłam. Od kilku dni zapełniam kartki literami, mniej lub bardziej ozdobnymi. Nic to, że z prawdziwą kaligrafią niewiele mają wspólnego, mnie daje przyjemność cyzelowanie liter, próby cieniowanie przy zmianie nacisku. Lubię ten stan skupienia bliski medytacji, lubię zapach atramentu i papieru. Nic to, że wyniki są takie sobie. Nie jest to kaligrafia we właściwym tego słowa znaczeniu, ale ładne, równe pismo, nieco nawet ozdobne. Cieszy i bawi, a jednocześnie człowiek obcuje z jakąś niedzisiejszą elegancją i wyrafinowaniem, kiedy pisanie było sztuką równą innym oraz miało cieszyć oko, umysł i przenosić piękno i harmonię. Jeśli więc ktoś dostanie ode mnie list, to bardzo możliwe, że będzie on pisany piórem ze stalówką.

       Załączam fotografię pięknie wykaligrafowanego tekstu, znalezionego w necie. Na razie moich prac wstydzę się pokazywać....

       

środa, 14 lutego 2018

Bliski kontakt czyli jak bardzo jesteśmy samotni

         Czytam po raz któryś książkę "W głębi kontinuum" Jean Liedloff i tak sobie myślę, że powinna ona być lekturą obowiązkową nie tylko dla przyszłych matek, ale dla wszystkich. Dla tych, którzy jej nie znają: autorka, sama cierpiąca z powodu problemów ze swoją matką, w młodości prowadziła dość awanturnicze życie. W pewnym momencie znalazła się w amazońskiej dżungli, towarzysząc poszukiwaczom diamentów. Miała wtedy okazję mieszkać wśród Indian i uderzyła ją niezwykle pogoda, spokój i poczucie pełni, jaką mieli ci ludzie. Potem wracała tam kilkakrotnie, już jako lekarz i badacz ludzkich zachowań, a także filozof. Nie tylko dorośli są tam szczęśliwi i rozluźnieni, ale też dzieci i to nawet niemowlęta, zachowują się zupełnie inaczej, niż przywykliśmy do tego w "cywilizowanym" świecie. Są pogodne, radosne, samodzielne. Nie ma kryzysu wieku dojrzewania. A matki i inni dorośli nie wiedzą, co to depresja, "baby blues" czy zamartwianie się. Książkę napisała na podstawie swoich obserwacji i porównania sposobu podejścia do wychowania dzieci i ogólnie stosunku do świata.
       Dziecko przez pierwszy rok jest bez przerwy noszone przez matkę lub innego członka rodziny, ale poza tym mama prowadzi normalne życie, robi wszystko wspólnie z innymi. "Poświęcanie się" dla dziecka nie jest w ogóle znane, w sumie dziecko niewiele zmienia w jej życiu. Kiedy samo zaczyna odczuwać potrzebę, aby oddalać się od rodziców i poznawać świat, pozwala mu się na to z pełnym zaufaniem, że samo sobie poradzi. W razie potrzeby matka jest zawsze do jego dyspozycji, ale nie trzęsie się nad nim, nie zabrania i nie "pilnuje" za bardzo. Ufa, że dziecko wie, jak ustrzec się wypadków. No i co ciekawe: wypadki tam prawie się nie zdarzają, mimo, że nie ma żadnych zasad bezpieczeństwa. Ludzie są zaradni, łagodni i bez agresji. Nikt nikogo do niczego nie zmusza, a najwyżej proponuje.

        W dzieciństwie miałam okazję doświadczyć jakby cienia takiego wychowania w kontinuum - w niewielkim domu mieszkały 3 rodziny: dziadkowie, ich córka z mężem i dziećmi oraz syn ze swoją rodziną. Czasem były konflikty, ale żadna młoda matka nie była samotna i przygnieciona problemami z dzieckiem. Nie mówiąc już o tym, że większość ulicy to było rodzeństwo mego Dziadka z potomkami. A także zatrzęsienie ciotek, wujków, kuzynów itp. w całym miasteczku.

       Ja swoje dziecko urodziłam na obczyźnie, zupełnie sama. Maleńkiego wcześniaczka poniżej 2 kg. Na dokładkę przeżyłam po porodzie tragedię, która mnie zupełnie rozłożyła. A córeczka spędziła pierwsze tygodnie w szpitalu. Instynktownie, bo nie znałam wtedy tej książki, uznałam, że potrzebna jest jej moja bliskość. Mieszkaliśmy na dokładkę w górach, gdzie więcej schodów, niż prostych ulic. Z tego względu najpraktyczniejsze było noszenie dziecka przy sobie. Nosiłam więc ją w nosidełku (chusty nie były jeszcze wtedy popularne) albo na rękach, bo tylko wtedy była spokojna. Prowadziliśmy tez nasz normalny tryb życia: wyjazdy, wyjścia itp. Pierwszy dwutysięcznik i pierwszą noc w namiocie mała zaliczyła w wieku 3 miesięcy. A potem też było inaczej, niż zwykle jest przyjęte: uczyłam ją wspinać się, chodzić po krawędziach i pływać, pozwalałam jej decydować, co chce robić (w ramach możliwości). Wyjeżdżaliśmy na wakacje, spaliśmy w samochodzie, gdzie po złożeniu tylnych siedzeń można było rozłożyć materac, albo pod namiotem. Kąpałam małą w lodówce turystycznej albo w strumieniach. No i to maleństwo nabyło żelazną odporność - nigdy nie chorowała, a jeśli już załapała jakiś katar czy grypkę, jak zaczęła chodzić do szkoły (we Francji szkoła zaczyna się w wieku 3 lat), to wystarczyły domowe środki i trochę snu, żeby na drugi dzień była zdrowa.

      Przeczytałam wczoraj straszny artykuł o tym, jak młode matki źle przezywają swoje macierzyństwo, jak cierpią same w domu z wrzeszczącym czymś, czego nie potrafią nawet kochać. Jak zaniedbują się i czują się okropnie zmęczone i samotne, tak, że mają ochotę czasem zabić to dziecko. Czytam o innych, które nie chcą mieć dzieci. I zastanawiam się, jak daleko jeszcze zabrniemy w to bagno. Od obrazu zapuszczonej, nieszczęśliwej, wściekłej i uwięzionej w czterech ścianach kobiety odbija się obraz młodej matki, która przywiązuje dziecko przy piersi czy na plecach i, nie przejmując się nim więcej, robi to, na co ma ochotę w gronie rodziny i przyjaciółek, a dziecko jest przyjmowane z zachwytem i lekkością przez całą społeczność.

      Mam wrażenie, że wszyscy jesteśmy coraz bardziej samotni, zamknięci i odcięci od naturalnych instynktów. Dlatego coraz bardziej nieszczęśliwi. Gdzie podziała się taka naturalna bliskość, kiedy ludzie mogą liczyć na siebie nawzajem w razie potrzeby, ale bez chęci podporządkowania i manipulowania. Kiedy życie przyjmuje się z prostotą i naturalnością, bez konieczności napinania się, żeby sprostać wydumanym rolom i obrazom rodem z przesłodzonych ilustracji? Kiedy kobieta może przyjść do pracy z dzieckiem na plecach, jak to się dzieje w Afryce i karmić je swobodnie, kiedy ono tego potrzebuje? Dzieci, których potrzeba bliskości i bezpiecznego oglądania zmieniającego się świata z ramion matki, nie została zaspokojona, całe życie będzą szukać dopieszczania. Człowiek, którego potrzeby są niezaspakajane w imię jakichś wymyślonych teorii, a sen, jedzenie i aktywność regulowana przez innych, nigdy nie zaakceptuje siebie i nie nauczy się akceptować innych. Dziecko, zamknięte w przegrzanym domu, jak więzień ze sfrustrowaną, cierpiącą matką, nigdy nie nauczy się prawidłowych kontaktów z innymi i własnej autonomii. chociaż nie, może się tego nauczyć, ale z wielkim trudem.
         Jeśli Indianka jest zmęczona zajmowaniem się dzieckiem, zaraz są dziesiątki ramion, chętnych, żeby je przyjąć i jej ulżyć. Nawet malutkie dziewczynki, zamiast piastować martwe lalki, piastują niemowlęta. Tyle, ile chcą i mogą. I wszystko dzieje się dobrze, bezpiecznie i spokojnie.

       W tej chwili wszyscy potrzebujemy wzajemnej bliskości, swobodnego zrozumienia i dzielenia się, a nie dobrych rad. Mam nadzieję, że nowa osada, gdzie już wiosną osiedlą się rodziny z dziećmi, będzie zbliżać się pomału do tego rodzaju życia, lekkiego i dobrego. Czego nam wszystkim życzę.


sobota, 10 lutego 2018

Zwierzęta się uczą!

          Pamiętacie jeszcze trzy kurze sierotki (matkę i resztę rodzeństwa coś zżarło nocą), które najpierw wyszukiwałam przez cały dzień w dżungli naszego ogrodu, a potem wychowywałam w skrzynce w piekarniku (bo tylko tam było ciepło tak, jak trzeba, mieliśmy okropnie zimną wiosnę). Skonstruowałam im krytą siatką zagródkę i wynosiłam, kiedy tylko temperatura pozwalała.                        Wychowały się wszystkie trzy, ale jedną kurkę porwał jastrząb. Została parka. Kurka jest brązowa i ciągle bardzo oswojona. Przy tym niespotykanie sprytna. Nie wystarcza jej wybieg, znalazła sposób, żeby codziennie z niego się wymykać i hajda po całej posesji. Po pewnym czasie dołączyła do niej kurka dropiata, a potem inne.
       Obcinanie lotek nie pomogło, dopiero niedawno zaobserwowałam, jak to robi. A robi w kilka etapów: pierwszy etap do daszek, pod którym stoją miski. Drugi - gałąź dzikiego wina rozpięta wzdłuż muru. Etap trzeci - skok na szczyt siatki. No i wolność. Inne kury wyraźnie ją naśladują. Ucieczki stały się tradycją, bardzo niebezpieczną dla uciekinierek, bo zima lisy przychodzą aż do sadu. Dzisiaj więc daszek został przestawiony, dzikie wino przycięte. Zobaczymy, co teraz wymyślą.

    Rude kocię, które jeszcze niedawno mieściło mi się na dłoni, wyrosło niesamowicie. Niedługo dogoni Marszałka P., który jest dużym kotem. A Karmelek ma dopiero około 5 miesięcy! Co to będzie za olbrzym, kiedy dorośnie?  Apetyt ma niesamowity, ciągle by tylko jadł. Mam wrażenie, że przez cały dzień kilkanaście razy muszę mu dawać jeść, a potem zaraz wypuszczać na dwór. Bo on też się nauczył od Marszałka załatwiać się na dworze. No i jest tam tak ciekawie, mimo, że zimno! Pobiega, powspina się na drzewa, pogoni kury i ptaszki z karmnika i wraca, miaucząc rozpaczliwie, że głodny. Naje się i znów to samo. Na szczęście czasem śpi, bo musiała bym czuwać cały czas przy drzwiach. Na szczęście też nie odchodzi daleko, otoczenie naszego domu i ogród mu wystarczają. Na trzecie szczęście przychodzi na wołanie i gwizdanie, jak pies. Tego też nauczył się od Marszałka.

       Zauważyłam, że moje kociabambry, i to wszystkie, jakie z nami mieszkały, nie bardzo interesują się zabawkami. Ot, czasem na odczepnego, ale tylko dlatego, żeby nam sprawić przyjemność. No i chyba wiem, dlaczego. One mają dużo bodźców i zabawek naturalnych, więc te sztuczne wydają im się mało interesujące. Podobnie jak mnie, kiedy byłam dzieckiem. Zabawkami bawiłam się dopiero, kiedy nuda mi dokuczyła i nie miałam nic innego do roboty.
       Nasze kotorki, zamiast wyżywać się na drapaku, mają najróżniejsze prawdziwe drzewa, drabiny, słupki i daszki. Pogonić taką kurę albo gromadkę wróbli, jest ciekawsze, niż uganiać się za sztuczną myszą. Za prawdziwymi się uganiać, o, to jest to! Karmelek niedawno przyniósł mi pierwszą upolowaną myszkę. No cóż, takie są prawa natury.
        Nawet specjalnie kupiona piłeczka nie jest interesująca, ale kraść orzechy z miseczki i roznosić je po całym domu, to tak. Olewają wędkę z maskotką, a bawią się kawałkiem papieru, jak szalone! Koty niewychodzące lubią zabawki z nudów, bo co jest do odkrywania w dobrze znanym mieszkaniu?
      Niedługo rudasek zostanie odjajczony, żeby nie poszedł gdzieś na kotki i nie był ranny lub nie zginął. Marszałek P. tak ma i już od lat trzyma się domu, zrobi rundkę wkoło stawu, po łąkach i wraca. O właśnie, obydwa kociabambry niezbyt boją się wody. Karmelek nawet brodzi sobie w niej do pół łapek. Mam tylko nadzieję, że latem nie będzie pływał w pogoni za kijankami, bo u niego wszystko możliwe.

       Luna i Tiki starzeją się coraz bardziej. Luna bardzo cierpi z powodu dysplazji bioder i żadne kuracje nie umieją tego zatrzymać. Miała nawet kurację kwasem hialuronowym, okropnie kosztowną, która niewiele dała. Sterydów trochę się boimy, bo ostatnio pojawiły się jakieś podejrzane guzki na listwie mlecznej, a operacja, przy jej słabym serduchu i w jej wieku (10 lat) jest problematyczna. W tej chwili jest pod obserwacją. Większość czasu spędza śpiąc w moim pokoju, mimo że w kuchni ma wypasiony materac. Tiki zajmuje się nią z wielkim oddaniem: myje oczy i uszy, przytula, wygrzewa swoją osobą chore biodra. Podaję jej regularnie specjalny syrop, ale czasami trzeba robić w tym przerwę. Na szczęście znosi to bardzo dobrze, nawet czasem towarzyszy mi w ogrodzie.
        Pomału dociera do mnie, że być może niedługo trzeba będzie się rozstać z moim Białym Aniołem, ale jeszcze nie teraz. Tak anielsko dobrego i oddanego psa jeszcze nie widziałam, a widziałam ich naprawdę dużo. Nawet teraz, kiedy Tiki-zazdrośnik próbuje przeganiać koty z mego pokoju, potrafi go spacyfikować. Gości też ciągle uwielbia i przychodzi się miziać, ale już nie bierze ich za rękę i nie oprowadza po ogrodzie. Bo wcześniej tak robiła.

       Owce-matuzalemy mają się dobrze. Jedna delikatnie kuleje, ale nie widać żadnych obrażeń. Może zwykłe dolegliwości podeszłego wieku? One też się wiele nauczyły. Jak sobie przypomnę, jaka corrida była z nimi na początku, a jak jest teraz, kiedy chodzą za mną jak pieski i reagują na komendy, to nie chce mi się wierzyć. Mimo, że jest zima i nie ma trawy, to codziennie wypuszczamy je do sadu i lasku nad stawem. Odkąd zrozumiałam, że zwierzęta też mogą się nudzić, jakoś nie mam serca trzymać ich na okrągło w obórce. No, chyba że jest bardzo brzydka pogoda i dużo śniegu.

     Tak sobie żyjemy razem, ucząc się od siebie i obdarzając uczuciem. Trudno mi wyobrazić życie bez zwierząt w najbliższym otoczeniu. A one chyba też są zadowolone, bo okazują mi tyle uczucia i zaufania....

czwartek, 1 lutego 2018

Pod znakiem Wodnika

         Wprawdzie astronomiczny znak Wodnika przypisany jest do żywiołu powietrza, niemniej przedstawia rzeczonego wodnika lejącego szczodrze wodę z dzbana. Mnie kojarzy się z wilgocią i opadami. Jeśli to prawda, że mamy Erę Wodnika, to u nas króluje ona od roku. Lato było wyjątkowo mokre, podobnie jesień. Krótki zimowy epizod nie pozwolił nawet się sobą nacieszyć, kiedy minął. Obecnie pogoda jest typowo przedwiosenna - mokra.

         Żywioł wody przenika wszystko, Powietrze i Ziemię. Łąki aż po horyzont stały się jeziorami, z których sterczą smętne wierzby. Na podwórzu woda spod butów tryska fontannami. Znowu jesteśmy uwięzieni z powodu drogi zepsutej przez elektrykę. Poprowadzili nią kabel linii wysokiego napięcia. Rozkopali tuż przed Godami, zasypali byle jak i z dziurami za kolana. Po mojej interwencji nawieźli żwiru i dopóki trzymał mróz, to droga była nawet przejezdna. Teraz glina rozmiękła i ze smakowitym plaśnięciem wchłania buty aż do kolan. Nic to, jest co jeść dzięki dobrym ludziom, co mnie na zakupy zawieźli, jest czym palić. W domu ciepło, sucho i bezpiecznie. Koty robią mi okłady z kota, a psy chrapią na podłodze. Otulam się tymi mgłami, tą wodą przenikającą wszystko, jak szarym, ciepłym kokonem i hibernuję. Wyszywam, czytam, odpoczywam. Mąż codziennie chodzi na bardzo długie spacery, z których przynosi a to chleb z miejscowego sklepiku, a to plecak ziemniaków od sąsiada. Ćwiczy, bo ma ochotę wyjechać na pieszą wyprawę w jakieś egzotyczne strony. 78 lat za kilka dni, a jemu nic nie robi spacer po 15 km. dziennie, po deszczu i błocie. Zazdroszczę pozytywnie.

       Ale już gdzieś na brzegu świadomości pojawia się delikatne drżenie, już zaczynam myśleć o nasionach i sadzonkach. A tu prześladuje mnie ulubiony sklep z nasionami pomidorów, prezentując nowości. A kysz! Mam dość nasion, zebranych u siebie! Ale kusi spróbować jeszcze czegoś nowego...

      Zastanawiam się nad wysianiem selera, czy warto? Mogę spokojnie kupić gotowe flance wiosną, sympatyczne panie ogrodniczki tez muszą z czegoś żyć. Za to na pewno wysieję papryki. Już kilkakrotnie sprawdziłam, że te moje, mimo, że mizerniejsze od kupnych, są zdrowsze i o wiele lepiej rosną. W tym roku zrobiłam grillowaną paprykę z czosnkiem i ziołami w oliwie. Jest przepyszna! Podobnie jak inne przetwory, które teraz wyciągamy i powoli zjadamy.

     A ja już planuję, gdzie posadzę różne smakowitości w tym roku. Mam ochotę zainstalować wieże ziemniaczane poza warzywnikiem. Może stonka ich tak szybko nie znajdzie? Ciekawe, jakie będzie lato pod względem temperatury i opadów.

      W temacie przygotowań do lata: znalazłam hamaki z moskitierą. Akurat coś dla nas! Często nie można korzystać ze sjesty w ogrodzie z powodu komarów (wiadomo: bagna biebrzańskie!), a bardzo lubię. Albo leżeć wieczorem pod gwiaździstym niebem i czekać na spadającą gwiazdę... Wszystkie ludzkie krzątaniny i kłopoty wydają się takie maleńkie z perspektywy gwiazd...

      Przed nami na horyzoncie jeszcze znak Ryb, ten to już na pewno należy do trygonu Wody. Czyli będzie jeszcze bardziej mokro. Zamieniamy się w stworzenia wodne, rosną nam skrzela i ogony. Ratuje nas Ogień w domowym piecu i ciepło przyjaciół, którzy o nas pamiętają. Jednak zima i przedwiośnie to czas wielkiej samotności, czas wchodzenia w siebie i uczenia się. Wiecie czego mi brakuje w moim przytulnym kokonie? Tych bajęd i gadek, które słyszałam będąc dzieckiem. O tej porze rodzina i znajomi często schodzili się wieczorami i rozmawiali, opowiadali. W naszej rodzinie było sporo talentów bajarzy, więc słuchanie było zajmujące. Brakuje mi tego. Między słowem żywym a pisanym jest jednak różnica. Może kiedyś wróci? Bo dobre to było.

niedziela, 7 stycznia 2018

Wały, przekładańce i spółka

          Wiele razy już pisałam, jak zakładać wały permakulturowe, grządki-przekładańce i inne "lasagne". Można też znaleźć na ten temat sporo materiałów. Co jednak dzieje się z tymi wałami w następnych latach?
          Materiał organiczny rozkłada się dość szybko, tym szybciej, im lepsza i bardziej żywa jest gleba. Wystarczy, aby zapewnić odpowiednią wilgotność w przypadku suszy. W zeszłym roku, bardzo wilgotnym, nowo założone wały zmniejszyły się prawie o 2/3. Tak, wały osiadają w miarę powstawania humusu i to jest naturalne i prawidłowe. Po 2-3 latach mamy zwyczajną, nieco wzniesioną grządkę bardzo dobrej ziemi. Najdłużej pozostają te zbudowane na zasadzie hugla, z dużą ilością pniaków i drewna w środku. To, że wały osiadają, jest normalne i pożądane, świadczy o tym, że zyskujemy dobrą ziemię.
        Jednocześnie przerastają je chwasty lub pożyteczne rośliny, ale niepożądane w tym miejscu. U nas w tym roku połowę warzywnika zarosła mięta. Bardzo smaczna i pożyteczna, tyle, że nie dawała rosnąć innym warzywom. Gdzie indziej przebija perz lub mniszek, sałata kompasowa albo jeszcze coś innego. Dobra ziemia przyciąga wszelkie życie. Trzeba wtedy wyeksmitować nieco uciążliwych gości, czyli złapać za widły szerokozębne czy inną "grelinette" i co nieco pokopać. I to dość dokładnie, żeby pousuwać korzenie. I nie, nie piszę herezji przeciw niekopaniu. Ziemi i jej układowi nie zagraża takie drapanie po wierzchu, czyli spokojnie możemy przekopywać gleby ciężkie na ok.10 cm., a lekkie ( a rozłożone wały to zwykle lekka próchnica) nawet do 20. Oczywiście nie należy robić tego systematycznie i bez potrzeby. Tyle, że czasem jest potrzebne, bo dzikich roślin z rozłożystymi kłączami lub korzeniami jest sporo. I rosną piorunem, nawet zimą (zwłaszcza taką łagodną, jak teraz). Także użycie wspomnianych przeze mnie narzędzi mniej zaburza strukturę ziemi, niż orka.
        Państwo Bourgignon twierdzą, że na polach orka konna, czyli "drapanie po wierzchu" nie jest szkodliwa dla gleby, bardzo szkodliwe jest dopiero użycie ciężkiego sprzętu ubijającego podglebie i orka głęboka. A to przecież naprawdę wielcy specjaliści od mikrobiologii gleby i upraw naturalnych. Czyli jak się musi, to można, byle z wolna i z ostrożna.

       Taka grządka, powstała po wałach, zwłaszcza, jeśli jest ściółkowana, utrzymuje żyzność przez wiele lat. Jednak czasem trzeba jej pomóc, użyźnić jeszcze bardziej. Wtedy mamy dwa wyjścia: albo podsypujemy kompost, albo robimy nowy wał czy przekładaniec w tym miejscu. Tylko że szkoda byłoby przykrywać taką dobrą próchnicę. Najlepiej wtedy jest odgarnąć ją na bok łopatą i następnie użyć do przykrycia nowego wału.

      Jeszcze jedno zastosowanie dobrej ziemi: jest ona pełna pożytecznych mikroorganizmów i może być używana tak samo, jak zakwas. Kiedy zakładamy nowe wały czy grządki na nieużytkach, wykopmy w nich dołek i włóżmy pieczołowicie kilka garści dobrej ziemi. Potem przykryjmy ją lekko i podlejmy, a nasza nowa grządka zatętni niewidzialnym życiem o wiele szybciej.

poniedziałek, 25 grudnia 2017

Tajemnicze święta przodków

         Od kilku lat czytam, co tylko uda mi się znaleźć, o świętowaniu zimowym (i nie tylko) w tradycji naszych przodków, Słowian i ogólnie tradycji przedchrześcijańskich w Europie, bo wszystkie one wyrastają z jednego pnia. No i miałam niezły galimatias, bo w końcu Staniesłońca czy Szczodre Gody czy Narodzenie Swarożyca? Wiele różnych, często powtarzających się, a czasami sprzecznych tradycji i zwyczajów. Niesłychane bogactwo i różnorodność. Jak więc w końcu to wyglądało?

      Od tego nadmiaru może rozboleć głowa i człowiek może się w tym pogubić. Nie do zmieszczenia w jednym dniu. No własnie! Źródła wspominają przecież, że świętowanie trwało wiele dni. Przyjmuje się często, że te dni były podobne do siebie, tymczasem bardziej logicznym jest przyjęcie, że był to ciąg rozmaitych misteriów, następujących po sobie wydarzeń, powiązanych z tym, co działo się na niebie i w duszy ludzkiej.
     Takie cykliczne, wielodniowe misteria, znane też były Egipcjanom. Obecnie w podobny sposób chrześcijanie obchodzą Wielkanoc - zaczynając od Ostatniej Wieczerzy, a kończąc zmartwychwstaniem i drogą do Emaus.
     Takie przejście od mroku, zwątpienia, walki i zadumy, do zwycięstwa światła i życia, wydaje się być ponadczasowe.

     Spróbowałam więc ułożyć to, co wiemy o świętowaniu zimowego przesilenia w jeden logiczny ciąg. To tylko moja próba rekonstrukcji, ma na pewno swoje niedociągnięcia, ale przynajmniej wydaje się najbardziej logiczna.

      Zaczynało się tuż przed przesileniem, kiedy słońce jest najniżej nad horyzontem, traci siły w walce z ciemnością i kto wie, czy nie zginie na zawsze? Doświadczenie podpowiada, że zwycięży, ale czy także tym razem? Może ciemności zaleją ziemię i wiosna nie przyjdzie? Tak więc zaczynał się czas Stania Słońca, kiedy ważyły się losy jego i wszystkich ludzi. W tym czasie trzeba było pomóc Słońcu w jego walce, ludzie więc palili nocami ogniska i ognie, aby oświetlić ziemię. W tym czasie też panowanie nad Ziemią obejmował Weles i duchy przodków. Weles był także bogiem urodzaju, bo ziarno kiełkuje w ciemności, w ciemności też poczyna się nowe życie. Trzeba go było godnie przyjąć, podobnie jak Przodków - stąd przybrany snop w izbie, czyli Broda Welesa i puste nakrycia przy stole. Możliwe, że były specjalne potrawy, które należało wtedy spożywać, możliwe też, że mięso było obłożone tabu w tym czasie. Niezwykle silna tradycja bezmięsnej Wigilii wydaje się o tym świadczyć, jest ona nieobecna w innych krajach europejskich. Przodków i Welesa należało nakarmić makiem, miodem, kapustą, grzybami - potrawami przypisanymi zmarłym, często magicznymi. Było to też czas robienia porządków, nie tylko zewnętrznych, ale też wewnętrznych. Jak to się odbywało? Tu znowu łamanie się opłatkiem, czyli podpłomykiem daje pewne wyobrażenie: należało zapomnieć spory i waśnie, dobrze życzyć innym i samym sobie.  Wtedy też dokonywano obrzędowego oczyszczenia ciała w łaźni czyli bani.
      Dobrze pasują do tego czasu tańce z ogniem i z mieczami, w celu pomocy Siłom Światła i uczestniczenia w ich walce. Możliwe też, że to własnie wtedy odwiedzał ludzi Turoń (czyli Weles) razem ze swoim orszakiem.


      Wreszcie kiedy wydłużenie się dnia było już zauważalne - możliwe, że właśnie w okolicach obecnego 25 grudnia (wtedy liczono czas inaczej) następował wybuch radości. Po pewnej powadze, napięciu i niepewności czasu Stania Słońca świętowano zwycięstwo i narodzenie (albo odrodzenie) Słonecznego Boga. Domy strojono zielenią, wirowały kolorowe "światy" i łańcuchy, ludzie cieszyli się z tego, że jeszcze raz życie zwyciężyło i że nadejdzie wiosna. Ugoszczeni Przodkowie i podziemni bogowie wracali do swoich siedzib, a światu zaczynał królować słoneczny, radosny Swarożyc. Kończyły się wczesnozimowe lęki i apatia. Ludzie ucztowali tym razem pożywieniem żywych, prawdopodobnie dodając mięso i inne łakocie, okrągłe placki, piwo...
       Kolędnicy kolędowali nadal, ale tym razem z jasną Gwiazdą. Zaczynały się uciechy i zabawy, obdarowywanie się wzajemne i wizyty. Napięcie i niepewność ustępowały wybuchowi radości i nadziei.
         Takiej też nadziei i radości życzę wszystkim. Jeszcze raz udało się przeżyć! Przejść przez ciemne, trudne dni, przez naszą Dolinę Mroku i wyjść na światło, ku nowemu życiu. Siły Światła. Lios Alfar, zwyciężyły i tym razem!
     

piątek, 15 grudnia 2017

Dobrzy ludzie, czyli przyjaciół poznaje się w biedzie

         Od kilku tygodni chodziłam jak struta, bo odczułam własną małość wobec "prawa". Jednocześnie dane mi było niezwykle odczuć ludzką dobroć. Dlaczego? Może zacznę od początku.

         Nasza posiadłość jest taką jakby wyspą wśród grząskich, podmokłych bagien. Dojeżdża się do niej, od lokalnej szosy, około 300 metrów taką groblą-aleją. Szosa jest dobra, ale bardzo lokalna tzn. nie jeżdżą tu ani autobusy ani ciężarówki poza tymi z pobliskiego tartaku. Do najbliższego autobusu mam półtora kilometra, a i to nie wiem, czy jeszcze kursuje. W sumie jedynym łącznikiem ze światem jest nasze małe, zielone Pyzio.

       Nad naszym ogrodem przechodzą dwie linie elektryczne. Jedna, z południa na północ, doprowadza prąd do naszego domu.
Druga, za wschodu na zachód, to linia wysokiego napięcia (a raczej średniego). Może niektórzy pamiętają, jak zimą zeszłego roku weszli do nas bez uprzedzenia i pozwolenia pracownicy z energetyki i zrobili masakrę wśród drzew k krzewów. O tę właśnie linię chodzi. jej przebudowa była planowana od kilku lat, odwiedził nas projektant i była mowa tylko o wymianie i przestawianiu słupów. Zgodziłam się na to, bo widać gołym okiem, że słupy na grząskim terenie się pokrzywiły. Teraz nareszcie zaczęto prace, ale wszystko się zmieniło. Okazuje się, że ostatni słup będzie stał przy naszej siatce od wschodu, akurat tuż obok naszej drogi dojazdowej, a następnie prąd będzie poprowadzony podziemnym kablem do szosy. I gdzie będą kopać? Oczywiście całą, calutką naszą drogę prywatną, tę groblę, jedyną, która łączy nas ze światem. Mając po obu stronach łąki... Ale okazało się, że łąki są prywatne, a droga, chociaż też prywatna, to można mnie wywłaszczyć, jeśli się nie zgodzę na rozkopy. Nikt nie zdaje sobie sprawy, ile trudu i pieniędzy kosztowało nas zbudowanie tej drogi! W dużej części własnymi rękami. Zwoziliśmy, skąd się dało, kamienie i gruz. Wykładaliśmy je w błotniste koleiny. Tony i tony kamieni i gruzu własnoręcznie zebrane. Potem Pierre ubijał je żelaznym ubijakiem. Na koniec nawieźliśmy kilka ciężarówek żwiru. Też sami je rozwieźliśmy i rozsypaliśmy. Ile ja się naganiałam z taczkami! Mój kręgosłup dziś mi to wypomina. Potem co 2 lata trzeba było uzupełniać i wyrównywać powstające wyboje.

        Teraz chcą nam to wszystko rozkopać. Próbowałam interweniować, rozmawiać. Nikt nie chciał mi podać nawet nazwy przedsiębiorstwa, które te roboty prowadzi, w końcu zagrożono mi wywłaszczeniem przymusowym, jeśli się nie zgodzę. No to zgodziłam się, przymuszona. Ale to odchorowałam.
       Niby powinnam cieszyć się, że druty nie będą już przechodzić nad naszym ogrodem, że można będzie pozwolić laskowi rozrosnąć się na nowo i załatać tę przesiekę, którą napływa zimny północno-zachodni wiatr i niszczy pracowicie pielęgnowany mikroklimat w ogrodzie. W tym roku przymrozek, napływający własnie tą przesieką, zniszczył mi w połowie maja i na początku czerwca sporo warzyw. Wcześniej, dzięki zwartej zaporze krzaków i młodych drzewek, to już od dawna się nie zdarzało.

        Dzisiaj znienacka zaczęli roboty bardzo wcześnie rano. No i zostaliśmy uwięzieni, chociaż planowaliśmy wyprowadzić samochód i zostawić u sąsiadów, to nie zdążyliśmy. Niby nic - jeść mamy co, opał mamy, a do wiejskiego sklepiku można pójść piechotą. Tyle, że rozchorował się nasz nowy członek załogi, czyli mały, rudy kociak Karmelek. Wczoraj po południu zauważyłam, że nie zjadł swego śniadania. Zadziwiające, bo to wielki łakomczuch. zachowywał się normalnie, bawił się, trochę rozrabiał, więc się nie niepokoiłam. Mógł w końcu podkraść coś z psiej miski. Ale kiedy wieczorem nie chciał nawet ulubionych przysmaczków, a miska na wodę też nie była ruszona, postanowiliśmy rano zawieźć go do weterynarza. No i klops, okazało się, że jesteśmy uwięzieni. Obiecali, że do południa skończą ten kawałek, zasypią i będzie można wyjechać. Czekaliśmy więc, a w międzyczasie dałam notkę na fejsie, wiedząc, że wśród znajomych mam doświadczone kociary, które mogą coś doradzić. Wolałam nie prosić sąsiadów, bo jeśli ktoś zna wiejskie realia, to wie, że gdyby to mąż był chory, albo ja, to by podwieźli, chociaż to duży kłopot i koszt (do miasta jest 25 km). Koszty byśmy oczywiście zwrócili, ale i tak dla kota nikt nie zgodził by się jechać.

      Niektóre osoby dawały dobre rady, inne rugały mnie, że jestem "madka", bo powinnam była przewidzieć, że będą rozkopywać (no, niby jasnowidzem jestem) i wyjechać o 6 rano autobusem z sąsiedniej wsi. Tyle, że mi bardzo trudno jest chodzić, jeszcze z kotem w transporterku. A w mieście tez trzeba by kilka kilometrów maszerować, bo lecznica jest na peryferiach. Ale też znaleźli się ludzie z ogromnym sercem, którzy już nam kiedyś bardzo pomogli. To Alina z Zamkowiska i jej partner. Wsiedli do samochodu i po prostu przyjechali, żeby nam pomóc. Wyszłam tylko do szosy. Kotek dostał zastrzyki i wróciliśmy do domu. Trochę mnie martwi bardzo pobieżne obejrzenie kociaka prze weterynarza, bo on dalej nie je. Możliwe, że to jakieś kłaczki w żołądku, ale na nie też nic nie dostał, chociaż prosiłam. Na razie wypił odrobinę mleka bez laktozy, przynajmniej tyle.

        Także w tym najgorszym czasie walki o drogę podtrzymała mnie ludzka dobroć. Niespodziewanie na Mikołaja otrzymaliśmy paczkę od sierpniowych kursantów, a w niej same dobroci: własnoręcznie tłoczone oleje, własne przetwory, przepiękne mikołajki i aniołki, a każdy inny i łapacz snów, który od razu powiesiłam nad łóżkiem, bo akurat męczyły mnie koszmary. Aż się głupio poczułam, bo niczym nie zasłużyłam sobie na tyle dobroci.
       Innym dobrym człowiekiem jest Daniela i Jan z Chaty z Secondhanda. Daniela, bo kiedy znalazła na ulicy w mroźny poranek trzy płaczące kocie sieroty, to zaopiekowała się nimi, zabrała do weta i znalazła im domy (tak nasz Karmelek wylądował u nas), a teraz też zaproponowali podwózkę do weterynarza.
      Tak grzeję się w cieple Waszej dobroci i to mnie ratuje przed zwątpieniem i wpadnięciem w czarną dziurę. Dzięki wielkie Wszystkim, którzy mają serce.