poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Czekając

       Pisałam już, że lubię jesień, bo wtedy już się na nic nie czeka. wiosna jest cudowna, ale mocno kapryśna. Wiele razy już to odczuliśmy - były wiosny, gdzie przez calutki maj nocami były silne przymrozki, a w dzień susza, było też tak, że śnieg leżał do końca kwietnia. Ten rok też nas nie rozpieszcza. Pogoda jest niezwykle dynamiczna, zmienia się jak w kalejdoskopie - słońce, deszcz, grad, śnieg, wiatr i znów słońce. Nocami przymrozki. Jeden wspólny mianownik: zimno.
      Widoki nieba i niezwykłych obłoków są bardzo malownicze, tyle, że zepsute obawą o młode roślinki. Patrzę na ogród maltretowany na przemian przymrozkami i palącym słońcem, deszczem, gradem i wiatrem i jestem pełna podziwu, że trwa. Upór tych maleńkich zielonych istot jest zadziwiający: rosną, rozwijają się i trwają. Ptaszyska drą się, jak ptasie radio.
    Siewy i wysadzania na razie są wstrzymane. Co się da, to wysiewam w domu do doniczek, tyle, że na oknach nie mam zbyt wiele miejsca. Pomidory marniutkie. Dawno powinny być przesadzone do dużych donic i czekać w skrzyni pod folią na wysadzenie do gruntu, ale jak je wynieść przy takich nocnych mrozach? W dzień też niewiele lepiej, bo wczoraj było +3 stopnie.

       Mam nadzieję, że na majowe spotkanie pogoda się poprawi. Przypominam: zaczynamy w niedzielę raniutko, lepiej więc przyjechać w sobotę. Można nawet wcześniej, np. w piątek, tyle, że nie będzie wykładów (bo te od niedzieli), ale takie sobie normalne życie. Jeśli to jest możliwe, to dobrze by było zabrać śpiwory albo przynajmniej poszwę od kołdry, którą można potraktować jako śpiworek na ciało. Jakieś koce na wierzch się znajdą, chociaż nie wiem, czy ich wystarczy przy takim zimnie :).

       Czekam więc na poprawę pogody, czekam na Was, pomidorki czekają na wysadzenie, a część grządek na oczyszczenie i przygotowanie do wysiewu. Czas jest pełen czekania.
   

piątek, 14 kwietnia 2017

Spotykamy się! - intensywny kurs permakultury

       Przed przejściem w "stan spoczynku" chciałam podzielić się wiedzą o ogrodach naturalnych i swoimi doświadczeniami z jak największą liczbą osób. Takie zjazdy, naoczne przekonanie się o zaletach i błędach są bezcenne, a mnie naprawdę leży na sercu idea opiekowania się Ziemią i własnym życiem w łączności z Nią. Chcę też odejść od komercji wiedzą w zamian za wymianę, zastąpić relacje komercyjne więzami przyjaźni.
       Propozycja zjazdu w czerwcu spotkała się z takim odezwem, że postanowiłam zaproponować jeszcze dwa inne terminy. chcę móc z każdym porozmawiać, dać możliwość tym, którzy wolą być w małych grupach i tym, którzy wolą świętować w większym gronie.

      Proponuję więc trzy terminy:

1. Majówka, czyli 30 kwietnia do 3 maja. Wiem, że to ostatni moment, ale może ktoś lubi takie "last minute". Oczywiście w tym terminie nie ma mowy o namiotach, chyba, że ktoś lubi sytuacje ekstremalne. Mogę jednak kilka osób zakwaterować w domu. Na górze jest spory pokój i korytarz, oraz kibelek z umywalką. Wprawdzie łóżka są tylko dwa, ale są też materace. To ma być mały, kameralny zjazd dla tych, którym ten termin odpowiada. Pozostaje tylko nadzieja, że pogoda będzie odpowiednia.

2. Zjazd czerwcowy, czyli ten zapowiadany od początku - 14-18 czerwiec. Spodziewajmy się pięknej pogody! Będzie on połączony z sianokosami i zbieraniem siana, więc się przygotujcie! Jest miejsce na namioty, przyczepy, oraz wspomniane wcześniej agroturystyki.

3. Zjazd "Pożegnanie lata" czyli 11-15 sierpień. W ogrodzie to czas obfitości - pomidory, jabłka, wszelkie warzywa. jeszcze dość ciepło, aby obozować (miejmy nadzieję).

       Oczywiście za każdym razem można liczyć na kilka miejsc do spania w naszym domu. Ilość jest limitowane przez Wasze upodobania, bo w końcu można pokotem położyć 20 materaców, tylko trzeba to znieść.

      Warunki zawsze są takie same: przywozicie ze sobą żywność, tyle, ile myślicie, że zjecie. Coś, co można dorzucić do wspólnego kotła. Zależy mi na tym, na wspólnym przygotowywaniu i spożywaniu posiłków. Ponieważ duża część uczestników jest wegetarianami, nastawiajmy się raczej na posiłki wegetariańskie, ale jeśli ktoś przywiezie kiełbasę, żeby ją opiekać sobie na ognisku, to też dobrze. Inni będą opiekać ser lub jabłka.

       W czerwcu i sierpniu dobrze by było zabrać też ze sobą kostiumy kąpielowe. Być w sąsiedztwie jezior augustowskich oraz Biebrzy i nie zażyć kąpieli - szkoda. Planuję na każdym zjeździe co najmniej dwie wycieczki, a wybór jest duży. Bagna Biebrzańskie, Puszcza Augustowska z jej rezerwatami i jeziorami, lasy w Biebrzański parku Narodowym, kładki na bagnach, rzeka, jeziora, Lipsk (czyli stolica polskiej pisanki) - sami wybierzecie, gdzie pojedziemy.

        Oprócz "składki żywieniowej" liczę na mały udział w kosztach mediów (prysznic,woda, elektryczność, bo u nas woda jest podgrzewana elektrycznie, gaz do gotowania itp). Tu będzie skarbonka i każdy włoży tyle, ile może i chce.  Oraz pomoc przez ok.2- 3 godzin dziennie w gospodarstwie i ogrodzie.
 
     Pod spodem daję trzy komentarze, każdy odpowiadający jednemu z terminów zjazdu. Proszę wpisywać się pod tym, kiedy myślicie przyjechać. Wszelkie zapytania i pogawędki - w następnych komentarzach, żeby nie robić bałaganu. Mam nadzieję, że będzie fajnie!

     Oczywiście, o ile ktoś chce przyjechać poza ustalonymi terminami, to tez będzie mile widziany, choć zasady są wtedy nieco inne. Daję schronienie i wyżywienie w zamian za ok. 5 godzin dziennie pomocy w ogrodzie i gospodarstwie. Jednak terminy trzeba najpierw uzgodnić z nami, bo wiadomo, życie ma swoje wymagania, nie zawsze jesteś my w domu, ktoś inny zajął termin itp.

      Jeszcze jedno, chociaż dość trudno mi o tym pisać: to spotkanie jest dość specyficzne, proponuję intensywny kurs permakultury, nie rozrywkowy piknik rodzinny. Dlatego tym razem, ze względu na specyfikę tego spotkania, nie widzę możliwości uczestnictwa w nim małych dzieci. Dla dobra wszystkich, dzieci także. Trzeba by je zostawić samopas przez co najmniej 14 godzin, a tu są zwierzęta, stawy i bagna. Nasz pies też nie lubi dzieci, zdarzało mu się je zaatakować. A on jest tu na prawach współgospodarza. Oprócz tego jest tu całe stadko takich współgospodarzy: Tiki, który nie toleruje innych psów, Luna, która nie toleruje suk, dwa koty, w tym zgrzybiała staruszka, chodzące luzem owce i kury. Dlatego nawet najgrzeczniejsze zwierzę może być problemem. Trochę inaczej to wygląda, kiedy ktoś przyjeżdża z wizytą, a trochę inaczej, kiedy jest grupa zajęta pilnym (mam nadzieję) studiowaniem. Dlatego proszę o zrozumienie - dzieci i psy zabierzemy innym razem, kiedy być może zrobimy spotkanie czysto rozrywkowe.

czwartek, 6 kwietnia 2017

Przyspieszenie

         Nagła wiosna spowodowała takie przyspieszenie wegetacji, że nie wiadomo w co ręce wsadzić. Człowiek czekał, czekał, nic nie robił, bo wszystko zamarznięte i nagle ni z gruszki ni z pietruszki znalazł się w samym środku wiosny!
         A tu jakaś apatia człeka dorwała, zniemożenie totalne. Ból kręgosłupa stał się nie do wytrzymania. A na dodatek senność i ogólne zniechęcenie. I jak tu pracować, pytam, jak? Kiedy marzy się tylko o tym, żeby spędzać czas pod kołdrą i nic nie musieć? Trzeba było coś zrobić, bo żyć tak się nie dało - cały dzień na przygotowanie 3 metrów kwadratowych grządki.... a i smuteczki jakieś się kręciły, i życie uwierało.

       Trzeba było coś z tym zrobić. Mądrzy ludzie dawno radzili mi głodówkę. A lekarz od kręgosłupa wręcz zaproponował mi balonik w żołądku, mimo, że wcale tak dużo nie jem. Poczytałam sobie o efektach ubocznych, o tym, jak się ludzie z tym czyją i o tym, że wielu osobom wcale nie pomogło. Najgorsze były te efekty uboczne - ból, rzyganie, szarpiący głód przy poczuciu wypchanego żołądka. A cała ta przyjemność za ponad 4 000 zł. Dziękuję, mogę to wszystko zafundować sobie bez balonika. I forsa w kieszeni zostanie.
         Jak pisze Utygan, należę do tych, co "tyją od patrzenia na liść sałaty". Zachęcona dobrym przykładem znajomych, z których niektórzy głodowali po 10, a nawet 16 dni, postanowiłam w końcu to zrobić. Z pewnymi obawami, bo pamiętałam jeszcze wielki głód, kiedy byłam na diecie przepisanej mi przez Chińską Panią Doktor. Męczyłam się 6 miesięcy, a wskutek tego utyłam 6 kg.

      Tak więc zaczęłam ścisły post. Nie napiszę, że głodówkę, bo raz dziennie piłam sok, a drugi raz wywar z warzyw. Znaczy się wodę po gotowaniu warzyw. Poza tym herbatki ziołowe i zwykłe. Niezbyt długi był to post, tylko 4 dni, ale o dziwo - wcale prawie nie czułam głodu. Co więcej - czułam się świetnie. Jakby w nagrodę już pierwszego dnia ból w plecach zmniejszył się do znośnego. Potem było tylko lepiej. Energii też jakby od razu przybyło. Może to częściowo piękna, słoneczna aura, może post. W każdym razie senność odeszła, pracowałam dwa razy więcej, niż normalnie i odzyskałam dobry humor. Nie spodziewałam się, że tak lekko i przyjemnie pójdzie. Możliwe, że nasze organizmy są przyzwyczajone do głodowania na przełomie zimy i wiosny, więc o tej porze dobrze i wdzięcznie znoszą takie oczyszczanie.

      Zaczęłam wychodzić z głodówki kilkoma łyżkami zupy, potem kilkoma łyżkami kefiru na piąty dzień. Dziś rano zjadłam kleik owsiany, a na obiad kaszę z kapustą w pomidorach. Tyle, że ciągle pracuję nad "efektem balonika". Czyli biorę malutkie porcje. Mam taki spodeczek-czarkę, mieści się w nim ciut więcej, niż pół szklanki wody. On jest moją miarką. Czyli nigdy nie jem więcej (a często mniej), niż mieści się w ten spodeczek. No i czuję się wręcz przejedzona! Zwłaszcza że teraz zaczęłam jeść dzikie surówki, akurat najlepsza pora na nie.
      Dzikie surówki to wszystko to, co jadalne wyrosło w ogrodzie i na łące, a jest tego sporo. W ogrodzie rozsiała mi się roszponka, jest szczypior i szczypiorek, pędy czosnku, natka pietruszki, sporo innych ziół do skubania. a poza ogrodem - podagrycznik, mniszek, pędy perzu, krwawnik, pokrzywa, jasnota.... a wielu jeszcze nie wymieniłam. Jest z czego robić surówkę! A jaka pyszna!

     W naszej kulturze nie na darmo w tym okresie przypada Wielki Post. Widocznie wiosenne osłabienie najłatwiej zwalczyć w ten sposób.

      W tej chwili mniej już nawet chodzi mi o schudnięcie, ale o pozbycie się bólu i zmęczenia. Akurat to mi się udało. Na oknie stoi już macerat alkoholowy na kłączu różeńca, ale i tak będzie zdatny do użytku najprędzej za miesiąc.

      Tak dobrze czułam się poszcząc, że kusi mnie, by to powtórzyć.
 
        

niedziela, 26 marca 2017

Kompostowanie powierzchniowe

         Czasem słyszę opinie, że tylko my, ludzie, zmieniamy nasze środowisko. Otóż nie tylko my, choć może my najbardziej zachłannie i bez zastanowienia, niszczycielsko. Wiele gatunków roślin przekształca środowisko tak, by było im przyjemniejsze i bardziej wygodne do życia. Ciągle w naturze odgrywa się teatr zmian i następowania po sobie różnych biotopów.
          Najłatwiej można zaobserwować to zmienianie środowiska na przykładach lasu liściastego i iglastego. Dorzucę tu znów swoje trzy grosze, któryś już raz z kolei, ale prawdy nigdy za dużo: lite lasy iglaste NIE SĄ naturalne w naszym klimacie. Naturalnie występują o wiele dalej na północ. U nas to skutek leśnej "gospodarki", która z jakichś tam powodów upodobała monokultury sosenek. Ostatnimi laty widziałam poprawę na lepsze - w naszej okolicy w cieniu sosen i świerków posadzono młode buki, teraz już całkiem spore. Widziałam też nasadzenia innych drzew liściastych i nawet modrzewi i to nie tylko przy drogach. Mam nadzieję, że obecne, katastrofalne władze leśne, tego nie zepsują.
         Ale wróćmy ad rem. Otóż w lesie sosnowym opadające igły rozkładają się powoli, jednocześnie stopniowo coraz silnie zakwaszając glebę. Próchnicy przybywa tam powolutku, cieniutka tylko warstwa pokrywa szczery piach. Drzewa przystosowują swoje siedlisko dla siebie i swoich przyjaciół, eliminując niechcianą konkurencję. W takich borach spotykamy specyficzne grzyby, jałowce, borówki, czyli czarne jagody i popularne w naszym regionie "pijanice", wrzosy, czasem paprocie, konwalie i niektóre rodzaje traw.
       Inaczej nieco wygląda las liściasty. Bujnie spadające liście szybko tworzą grubszą warstwę próchnicy. Takie lasy wiosną niebieszczeją od przylaszczek i bieleją zawilcami, natomiast latem, w mięsistym, ciężkim cieniu, wegetacja zamiera albo prawie. Za to na polanach i obrzeżach wybucha gatunkami i kolorami.
      Jeszcze inne są słynne czarnoziemy stepowe, gdzie przez tysiące lat trawy i zioła, nietknięte ręką człowieka, rozkładały się, żywiąc obficie następne pokolenia.

      Zwykle ziemia, nie niepokojona przez człowieka, z naturalnymi procesami następstwa gatunków, staje się coraz bardziej żyzna.

     Jednak my nie zawsze chcemy i możemy czekać w naszym ogrodzie, aż ziemia sama stanie się urodzajna. Staram się te procesy przyspieszyć, ale kopiując najlepszych mistrzów, czyli samą naturę. Zauważcie, że w naturze materiały organiczne spadają na wierzch gleby i tam są rozkładane przez cały skomplikowany łańcuch organizmów, żeby w końcu dostać się do gleby pod postacią próchnicy. Szczęśliwi wtedy posiadacze gliniastej ziemi! Próchnica zostaje związana z gliną i powstrzymana przed wypłukiwaniem. A coraz to nowe warstwy ściółki chronią ją od unoszenia przez wiatr.

     Wykorzystuję te naturalne procesy w użyźnianiu swoich grządek. Kompostowanie powierzchniowe jest czymś pośrednim między wałami a ściółkowaniem. Ponieważ robię je na czystej już ziemi, na istniejących już grządkach, które po paru latach stały się mniej żyzne, nie stosuję żadnych kartonów ani grubych warstw. Po prostu najpierw przelecę się z widłami szerokozębnymi, usuwając niektóre uporczywe chwasty z korzeniami. Następnie roztrząsam na ziemię dość cienką warstwę gnoju, którą następnie przykrywam słomą, liśćmi lub sianem. Robię tak zarówno wiosną, jak jesienią (oczywiście w innych miejscach), zależnie od ilości gnoju. Idealne jest to w tunelach, tyle, że tam to trzeba solidnie podlać, żeby zapoczątkować procesy rozkładu.
Na zewnątrz o potrzebne nawilżenie troszczy się Matka Natura.
        Właśnie takie kompostowanie powierzchniowe robiłam ostatnio w tunelach. Pomidory i papryki są dość żarłoczne, więc trzeba im zapewnić to, czego potrzebują. Tylko w skrzyni w pierwszym tunelu dałam czysty kompost, na którym już posiałam rzodkiewkę i sałatę. Będę tam też robić sadzonki. Natomiast ściółka rozłoży się częściowo do maja, kiedy będę wysadzać pomidory, a ziemia pod nią będzie pulchna i wilgotna, bez kopania.

        Oczywiście na takich "zakompostowanych" grządkach trudno jest siać, to dopiero przychodzi w drugim roku. Ale można spokojnie sadzić wiele roślin jadalnych: pomidory, ziemniaki, kapustę, selery, pory, ogórki, dynie, cukinie. Trzeba tylko miejscami odgarnąć ściółkę. W takie "placki" wysiewałam też kukurydzę i słoneczniki, wyrosły pięknie, podobnie jak fasolka szparagowa. Jedynie korzeniowych tam nie sieję, na to mam inne grządki, te, na których ściółka już się rozłożyła.

       Wczoraj zauważyłam, że w nowym warzywniku kret zrobił kopiec. Wyciągnął na wierzch żółta, szczerą glinę, jaka tam była na początku. Porównałam ją z pulchną, czarną ziemią na grządkach i wałach. Wprost wierzyć mi się nie chce, że tylko przez kilka lat udało mi się zmienić do tego stopnia ten kawałek ziemi. I to niewielkim wysiłkiem.

piątek, 24 marca 2017

Róże performerki

           Jak to dobrze czytać blogi fachowców! Na "Blogu w zasadzie ogrodowym" (jest tuż obok, na pasku ulubionych) przeczytałam wiadomość o różach kanadyjskich. Otóż róże kanadyjskie to marzenie leniwego ogrodnika (albo takiego, który ma za dużo roboty i szkoda mu czasu na kłopotliwe zabiegi pielęgnacyjne). Przede wszystkim nie przemarzają, nie potrzebują żadnego okrywania na zimę ani odkrywania wiosną!  Cięcie raczej symboliczne i porządkowe. Na dodatek są w różnych kolorach, pachną (nie wszystkie) i odznaczają się sporą tolerancją na cień. Powtarzają kwitnienie, niektóre kwitną przez całe lato. Marzenie! Może nie są tak kipiące płatkami, jak róże angielskie, ale też bywają pełne i piękne.

        Poleciałam oczywiście sprawdzać u wujka google czy te wspaniałości są dostępne w Polsce Są i to nawet sporo gatunków. Zamówiłam i oto wczoraj z pompą przyjechały cztery Jej Różane Mości:
Therese Bugnet - różowa, wyrastająca nawet do 3 metrów
Luise Bugnet - biała, pełna, nieco mniejsza, bo do 1,50 m.
J.P. Connell - też biała, do 1,2 metra
Morden Sunrise - najmniejsza, tylko 0,70 m., ale za to przepięknie brzoskwiniowa, podbarwiona karminem.
Wszystkie pachnące.

       Sadzonki są silne, duże i porządnie rozgałęzione. Na dokładkę na własnym korzeniu, nie szczepione. Nie będzie więc problemu na styku podkładka - sport, żadnego wyrastania dzikich pędów z podkładki.
      Mam nadzieję, że się im u nas spodoba.

       Nasze róże tradycyjne są już wiekowe i pomału marnieją, mimo okazywanej troski. Będziemy je więc stopniowo zastępować kanadyjkami, bo jest ich jeszcze bardzo liczna rodzina!

    
Tak według netu wygląda Therese Bugnet w pełnym rozkwicie.

wtorek, 21 marca 2017

Święto Wiosny

         Naprawdę przyszła wiosna w swój dzień! Dziś wprawdzie było mokro i deszczowo, ale ciepło. Po niebie przesuwały się szybko deszczowe chmury na przemian z niebieskimi okienkami. Już prawie zapomniałam, że niebo jest niebieskie, bo od tak dawna go nie widziałam. A pod nimi wielopoziomowy balet ptaków rozmaitych sylwetek i maści.
         Trawa, dotąd szarobura, nieśmiało zmienia odcień na zielony.
         Cała okolica wonieje gnojówką, którą użyźnia się łąki. aby więc pozostać w tej samej nucie zapachowej wywoziłam dziś gnój z owczarni i roztrząsałam go w foliakach. Nie skończyłam jeszcze, bo okazało się, że przedtem muszę wyrwać całą plantację perzu spokojnie tam zainstalowanego. Gnój przykryję słomą i liśćmi, zmagazynowanymi od jesieni. Porządnie podleję. Kiedy przyjdzie czas sadzenia pomidorów i papryki, będzie już dobrze przekompostowany.
        Skrzynię długości 10 metrów w starym tunelu wzbogaciłam tylko kompostem, bo zamierzam tam siać nowalijki. Porządnie też podlałam - skrzynia wysycha migiem. Przez noc woda się wchłonie, jutro znowu podlewanie, a pojutrze wysiew rzodkiewek, sałaty itp.
        Przebiśniegi już kwitną na zabój, rozsiały się w różnych dziwnych miejscach w ogrodzie. Krokusy też już zakwitają. Późno u nas, ale cóż, taki klimat.
        Jesienią zostawiłam w ogrodzie trochę pietruszki, kilka zapomnianych cebulek, pory. Wszystko to zbieram teraz, pachnące i zdrowe. Pietruszka ma już zielone listki, cebulki - szczypior. Kilkakrotnie zbierałam już szczypiorek z cebuli siedmiolatki. Dziś znalazłam całkiem wyrośnięte kępki roszponki. Chyba wyrosła pod śniegiem z nasion tych kilku roślin, które zostawiłam w tym celu. Często zostawiam różne sałaty, które wybiły w kwiaty, aby się rozsiały i wczesną wiosną mam niespodzianki.
      Wystarczy te kilka stopni ciepła, a człowiekowi nie chce wracać się do domu. Tyle, że muszę i to dość często - kręgosłup nie żartuje, nogi też. Na szczęście wystarczy kwadrans odpoczynku i można ruszać na nowo. Niedługo będzie można odpoczywać siedząc w ogrodzie, chociaż u nas siedzenie na ziemi zawsze jest problematyczne z powodu mrówek. No nic, zawsze znajdą się ławki, pieńki i leżaki.

     Dziś naprawdę poczułam, że jest wiosna. Już, teraz. Wcześnie w tym roku. Mimo że łąki za domem ciągle zalane wodą i pokryte łabędziami, mimo że mokro, to już jest. Nawet drzewa wyglądają jakoś inaczej - już się obudziły. A ja wiosnę czuję też w zmianie trybu życia i w przyjemnym zmęczeniu.

poniedziałek, 13 marca 2017

Drzewa i Polacy

      Ostatnie zdarzenia w związku z prawem Szyszki rozpętały wielkie emocje i wręcz histerię, która mnie też dotknęła w pewnym stopniu. Wyruszyłam więc na zwiad w okolicy, żeby zobaczyć, jak to jest z tym wycinaniem drzew u nas.
      Jeśli idzie o lasy państwowe, to rzeczywiście, wycinka jest większa, niż w poprzednich latach. Na szczęście wokoło jest wiele parków narodowych i rezerwatów, których, mam nadzieję, nie ruszą.

     Natomiast jeśli idzie o prywatne posesje, zalesienia na łąkach i lasy prywatne - wielki spokój. Nikt nie masakruje na oślep. Rosną sobie spokojnie, jak rosły. Gdzieniegdzie ktoś coś wyciął, ale nie więcej, niż zwykle i zazwyczaj było to uzasadnione (tuż przy budynkach, albo drzewa chore i na wpół obumarłe, z jemiołą zamiast gałęzi). Ludzie u nas przyzwyczajeni są do mądrego gospodarowania drewnem, bo większość wie, jak jest potrzebne. Poza tym nigdy nie było u nas kłopotów z uzyskaniem pozwolenia na uzasadnioną wycinkę, dewloperzy nie zainteresowani...
To, że lasy prywatne traktuje się jak plantacje, przebolałam już jakiś czas temu. Ludzie pielęgnują je, czekają na stosowny moment i wtedy ścinają, zalesiając zaraz potem. Prawo nic tu nie zmieniło. Nawet mi się te nowe zalesienia bardzo podobają, bo wprowadza się nowe gatunki, nie tylko sosny i świerki.

     Czyli u nas w zasadzie spokój, nikt nie dał się zwariować. A nawet mam dwie bardzo pozytywne historie.
     Jedna to rząd wierzb płaczących, rosnących sobie spokojnie na łące wzdłuż jakiegoś rowu czy polnej drogi. Młode jeszcze, ale już solidne drzewka. Każde z troską zabezpieczone grubym plastykowym kołnierzem przed zębami bobrów. Ktoś je posadził, ot tak, na łące i dba o nie. Ten ktoś na pewno bezmyślnie ich nie wytnie.

     Drugi przykład, to nasz dobry znajomy z Augustowa. Niedaleko swojej wiejskiej działki, pośrodku pola, zauważył przepiękny, stary dąb. Właścicielami pola byli staruszkowie, którzy sami nigdy by go nie wycięli, ale kiedy im się zmarło i spadek odziedziczyła dalsza rodzina, zaczęły się przepychanki. Więc nasz znajomy z jednym jeszcze kolegą poruszyli niebo i ziemię, żeby ocalić ten dąb, bo ktoś już zaczął przy nim majstrować, poszerzając naturalną dziuplę. Obaj panowie pracują i mają swoje kłopoty, ale nie żałowali czasu szukając i sprowadzając odpowiednich fachowców. I tak nasz powiat zyskał następny pomnik przyrody, bo okazało się, że dąb ma coś około 450 lat.

    Gdyby poszperać więcej, to znalazło by się więcej takich historii, wiec wierzę, że Polacy nie są w większości drzewożercami uzbrojonymi w piły, którzy chcą tylko masakrować przyrodę. ot, choćby nasz sąsiad, który na początku, kiedy mąż podcinał gałęzie niektórych drzew, żeby ciężarówka mogła przejechać, przyszedł prosić, żeby zostawić wierzby i olchy na granicy posiadłości, bo latem bydło ma gdzie chronić się przed słońcem. Oczywiście, że nawet nie myśleliśmy nic wycinać. Dosadziliśmy też wiele setek drzew i krzewów.

     To wszystko są zwykli ludzie, nie żadni ekolodzy czy "ochroniarze przyrody". Będę więc rozczulać się i zachwycać takimi dobrymi przykładami, pojadę oddać pokłon Zygmuntowi Augustowi, bo tak nazywa się nowy pomnik przyrody. Nie dam się frustracji podsycanej medialnie. Pamiętajmy, że ten wilk rośnie w siłę, którego karmimy. Będę karmić dobrego wilka. Bo czasem mam wrażenie, że każdy pretekst jest dobry, żeby nas, zwykłych mieszkańców tego kraju, szkalować, mówić jacy to jesteśmy odrażający, brudni, źli i jak nas trzeba trzymać za mordę. Tymczasem jesteśmy normalni, są ludzie i ludziska. Złe i dobre przykłady. Ale tych dobrych jednak więcej, tyle, że one nie są medialne, więc się o nich nie trąbi.

A tutaj można zobaczyć zdjęcie uratowanego dębu:
http://www.dziennikpowiatowy.pl/wiadomosci/990,zygmunta-augusta-nie-dosiegnie-topor

piątek, 10 marca 2017

Ogrodowa joga

        No to zaczęliśmy ćwiczyć w ogrodzie. Asany rodzaju "głowa w dole, dupa w górze" oraz inne, bardziej skomplikowane. Mąż dostał napędu na przycinanie jabłoni, co od paru lat zaniedbał i skacze po nich jak małpa (a przypominam: ma już 77 lat). Potem ziemię zaścielają gałązki i całe konary. Z mojej ulubionej, ogromnej jabłoni musieliśmy ściąć konar wielki jak całe drzewo, bo był przeżarty hubą i ta huba się rozmnażała. Żal.
    Jeśli pogoda pozwala, bielę pnie. Mąż trochę pryska miedzianem, bo w zeszłym roku dopadła nas monilioza. Już mi karze przygotowywać wyciągi ze skrzypu na późniejsze pryskania, choć to jeszcze za wcześnie.

    Pościnałam lawendę i wrzosy. Wiem, że normalnie powinno się przycinać lawendę jesienią, ale z mojej praktyki wynika, że w naszym klimacie lepiej na przedwiośniu. Wtedy zimą te badyle służą za naturalną ochronę. Bo jeśli przytnę jesienią, to żeby nie wymarzła, muszę ją przykrywać. Agrowłókninę psy ściągają i szarpią z uporem godnym lepszej sprawy, a siano, słoma czy liście nasiąkają wilgocią i powodują gnicie. Więc je zostawiam rozczochrane na zimę i na przedwiośniu mus wycelować w to okienko, kiedy można już i jeszcze ciąć.
    Poodkrywałam róże ze stroiszu, ale liście i kopczyki jeszcze zostawiłam.

   A potem to wszystko trzeba sprzątać, wywozić. Chore gałęzie i mumie owoców palić, słomę lawendową podścielić w kurniku (dobra przeciwko pasożytom). A tu plecy bolą i nie będzie lepiej. Muszę więc tak rozplanować i dawkować robotę, żeby jak najwięcej zrobić.

    Grządki po zimie takie jakieś paskudne, pełne badyli... I tu czeka nas robota. Ale już przebiśniegi kwitną, tulipany, narcyzy i szafirki powychylały noski. Żurawie drą się na rozlewisku za płotem, jakieś dziwne ptaki latają i nawołują się. Sikorki i kowaliki ciągle domagają się słonecznika w karmniku. Dziś nad rozlewiskiem lotem koszącym przeleciało duże stado łabędzi, prawie 30. Szum był niesamowity. I byłoby zupełnie wiosennie, gdyby nie zimna, mokra pogoda. Trudno, to dopiero marzec.

      Już planuję dalsze prace. Oby starczyło siły i czasu. A jeśli nie starczy, to nic - co się zrobi, to będzie, a reszta poczeka.

niedziela, 5 marca 2017

Bajka na wieczór - Promienie Duszy

    Lottia, czyli Płynąca Z Wiatrem oddalała lekkim, tanecznym krokiem się wśród falującego morza traw w dól łagodnej doliny. Wiatr rozwiewał jej jasną suknię i włosy, rozganiał stadka motyli, przynosił echa nuconej melodii i śmiechu. Kobieta z naszego świata i mężczyzna z tamtego świata patrzyli na nią z upodobaniem.
      - Lubię ją bardziej, niż myślałam, że kiedykolwiek kogoś polubię - powiedziała - Jest w niej coś takiego, co przyciąga wszystkich, lekkość i wdzięk, a zarazem powaga i pewność.
      - Ma wspaniałe promienie duszy, mało kto tyle przeszedł i tak potrafił przekuć to na najpiękniejsze światło. Kiedy się je widzi.... Czemu tak patrzysz?
     - Bo już któryś raz słyszę o promieniach duszy, ale pierwszy raz, że je się widzi.
     - Twoja dusza czuje i myśli, a te uczucia mają swoja barwę. One promieniują poza ciało.To jest światło, które widzi się wokół osoby, można ją poznać bardziej w ten sposób.
     - Acha, chyba wiem. W moim świecie nazywa się to aurą, niektórzy nawet twierdzą, że ją widzą, inni w ogóle nie wierzą, że istnieje. Kiedyś próbowałam nawet ją zobaczyć, tyle, że niezbyt mi się udało, widziałam zaledwie maleńką świecącą otoczkę, i to tylko czasami. Mogło to być zmęczenie wzroku albo coś podobnego.
     - Ależ można ją zobaczyć, zwłaszcza tobie powinno się udać.

       Chciałabym zobaczyć twoją aurę, pomyślała. Elarenie, Elarenie, nie wystarczy że jesteście piękni, sprawni, mądrzy i cholernie szlachetni, to jeszcze widzicie takie rzeczy, które dla nas są tylko legendą. Chciałabym, chciała. Wątpię jednak, czy mi się uda coś więcej, niż do tej pory.

     A jednak udało się! Nie od razu. Najpierw długo jej pokazywał, jak trzeba patrzeć. Jego zdaniem podchodziła do tego zupełnie nie tak, jak trzeba. Wysilała się i napinała, żeby coś zobaczyć, podczas gdy trzeba było rozluźnić się, wyciszyć i odpowiednio ustawić wzrok.

     - Widziałaś, jak czasem psy nie patrzą nam w oczy, ale lekko w bok, jakby patrzyły przez nas, gdzieś dalej. Właśnie w ten sposób trzeba patrzeć na promienie duszy. - tłumaczył. Miała ochotę mu odpowiedzieć, że wystarczy jej patrzenie w jego oczy, tyle, że nie wypadało.  Ćwiczyła więc posłusznie patrzenie mimochodem na wskroś, jak to nazywała. Długo nic to nie dawało, a potem nagle trach! i, podobnie jak to bywa z tymi obrazkami, gdzie widzi się tylko plątaninę kresek patrząc normalnie, a potem nagle wyłania się trójwymiarowy obraz, zobaczyła. Było to tak piękne, że aż ją zatchnęło. No i znów widziała normalnie. Ale następnym razem poszło już łatwo.

    - Elarenie, to jest cudowne! Wspaniałe! Niesamowite!
    - Powiesz mi, co widzisz?
    - To jakby zorza polarna wokoło ciebie. Kolorowe światło, które faluje, kolory przechodzą jedne w drugie. I iskry, czasem rozsiewają się roje świetlistych iskier. A te kolory! Czyste, delikatne - zieleń, złoto, róż, czerwień, taka delikatna czerwień. Są jeszcze inne światełka, inne kolory, ale te są najważniejsze.
   - Myślałem o pięknie tej doliny, o lasach i świetle gwiazd. O życiu. A teraz popatrz!

     Stał przed drewnianą ścianą chatki, bo twierdził, że na początku na takim ciemnym, jednolitym tle łatwiej łatwiej się widzi. Teraz podniósł ręce, a światło podążyło za nimi, wybuchając całym deszczem iskier. Powoli złożył ręce w pozycji medytacji, zgrabnie usiadł na zgiętych nogach i zamknął oczy. Powoli pulsujące światło zaczęło zmieniać kolor i naturę, przechodziło w srebrne i złote, z domieszką różu i błękitu. Zamiast falujących woali pojawiły się promienie wzajemnie się przenikające.

      - To medytacja?
     Otworzył oczy i uśmiechnął się.
      - Tak, to jest to, co nazywasz medytacją, a my dążeniem do źródła. Teraz zobaczysz coś innego.

       Zobaczyła. Cudowne, pastelowe światło jakby nagle skamieniało, skurczyło się. Zszarzało i pociemniało. Pojawiły się w nim ciemne plamy. Stało się tak gęste, że wydawało się więzić w sobie ciało. Ponieważ otaczało go ze wszystkich stron, także twarz wydawała się przykryta ciemnym woalem, zamknięta.  Poczuła ulgę, kiedy ten kamień powoli jakby się stopił i pomalutku, jakby niechętnie, dał miejsce falującej zieleni. Tyle, że teraz nie było w nim złota, a ciemny fiolet.
     - Elarenie, na miłość boską, co to było? Wyglądało tak...
     - A o czym pomyślałaś?
     - O smutku i przygniatającym ciężarze, o bólu.
     - Bo tak było. Przywołałem stratę i ból i bezsilność.

       Nic więcej nie powiedział. I dobrze, bo wiedziała jaką stratę i ból mógł przywołać i to było zbyt rozdzierające. Także dla niej.

      Przez chwilę wpatrywał się w ukwieconą łąkę, w niebo z jasnymi obłokami, a kiedy spojrzał ponownie, znów miał na twarzy uśmiech. Trochę smutny i jakby zmęczony, ale jednak.

     - Gotowa na ostatni raz na dzisiaj? Teraz możesz zobaczyć coś naprawdę brzydkiego, więc tylko na krótką chwilę. Nie chciałbym na długo brudzić duszy.

    Było to brzydkie, naprawdę brzydkie. Sino-czarna skorupa, spod której wypływało coś brunatnego, jakby zepsuta krew. Dość szybko jednak skorupa zaczęła pękać, a spod niej, jak spod wolno płynącej lawy, prześwitywało światło - najpierw czerwone, potem coraz bardziej złote. Skorupa pękła i zniknęła, a światło znów zaczęło łagodnie falować. Przyglądała się zachłannie, chcąc więcej i więcej, aż w głębi, pod zasłoną falującego światła i ciała zobaczyła coś podobnego do ogromnego diamentu, pulsującego wewnątrz czerwonym światłem.

    - Wystarczy!

     Mrugała przez chwilę i mrużyła oczy, jak ktoś obudzony o poranku. Czuła się zmęczona i ożywiona jednocześnie, jak po przeżyciu czegoś niezwykłego. Wdzięczna była i trochę zawstydzona, że tak go widziała. Było w tym coś bardzo intymnego, ale też zachwycającego. Z wyjątkiem ostatniego obrazu. Był brzydki i trochę przerażający.
   - Co to było?
   - Nienawiść. Czułem ją wtedy i teraz czasem się zdarza, że czuję jej echo.
   - Cały czas tak widzicie innych?
   - Nie, zazwyczaj widzimy normalnie. Ale patrzymy tak, czasem... Zwykle kiedy spotykamy się po dłuższym niewidzeniu albo kiedy chcemy kogoś zrozumieć, albo okazać zaufanie.

   No tak, my też nie zwierzamy się sobie przy każdej okazji, pomyślała. Pewnie zbyt nachalne przyglądanie się promieniom duszy jest, hmm.. trochę niedelikatne.

    - Widzicie więc siebie tak prawdziwie, do głębi, kiedy jest taka potrzeba?
    - Tak. Pamiętasz nasze powitanie?
    - "Raduję się, że Cię widzę"? - do tej pory myślała, że to zdawkowa formułka, teraz miało to swój prawdziwy sens.
    - Przy powitaniu zwykle patrzymy na swoje promienie duszy. Widzimy swoje dusze.
    - Chyba nie zawsze to jest przyjemny widok? Mam na myśli te wszystkie trudne, złe uczucia. Przecież nie są Wam obce?
    - Sama widziałaś, że je znamy. Tyle, że od dziecka staramy się rozwijać dobre emocje, a wygaszać te złe. Ale kiedy ktoś je przeżywa, to cierpi z nim cały lud. Pomagamy sobie. Ale to już inna lekcja życia.
    - Słyszałam, że tłumienie złych emocji nie jest zbyt dobre.
    - Jak chcesz je tłumić?
    - No wiesz, nic nie pokazujesz po sobie, nawet nie chcesz się do tego przyznać, spychasz je jak najgłębiej, wypierasz ze świadomości...
    - W promieniach duszy widać prawdziwe uczucia, nie maski.  Nie tłumimy złych uczuć, ale stajemy obok. Przyglądamy się im, odkrywamy, co nami powoduje. A potem kierujemy naszą uwagę na wszystkie te dobre, piękne i ciepłe rzeczy wokół nas, na piękne i dobre uczucia. Nie karmimy tych złych swoją uwagą, więc przemijają. Wolimy kochać i cieszyć się, a w życiu kierować się tym, co dobre i szlachetne.
     - Ale przecież zabijacie te potwory i inne takie.
     - One są tylko nienawiścią, zniszczeniem i złem, ale nie, nie czujemy nienawiści do nich. Walczymy z nimi z miłości do świata, do naszych bliskich. Gdybyśmy ich nienawidzili, stalibyśmy się w pewien sposób podobni do nich. My bronimy tego, co kochamy. O tym myślimy, to jest nam drogie. Tyle jest pięknych rzeczy i spraw, a tak mało złych i brzydkich! Najlepiej jest zanurzyć się w świetle.

      Gdyby ludzie widzieli swoją aurę, swoje promienie duszy. O kurczę, ale by się działo! Bajzel, zadyma i koniec świata szwoleżerów. A może, może zaczęli by też pielęgnować w sobie dobre myśli i uczucia? Kto wie?

Fotografia z netu.

   -


piątek, 17 lutego 2017

O względności wszystkiego

         W Dolinie Muminków Piżmowiec czytał zawzięcie książkę "O niepotrzebności wszystkiego", która mu potem czarodziej zamienił na "O potrzebności wszystkiego". A ja, czym więcej wiem o świecie, tym bardziej widzę, że wszystko jest względne i zależne od warunków. I żaden czarodziej tego nie zmieni, najwyżej przytaknie z entuzjazmem (o ile jest mądrym czarodziejem).

     Przykłady? A choćby w ostatnim poście! Megi napisała w komentarzach, że odchodzi się obecnie od smarowania ran po cięciu balsamem ogrodniczym, bo tak zabezpieczona rana nie wysycha. I ma na pewno rację, bo to jest profesjonalistka, której wiedzę szanuję. Dlaczego więc u nas rany zabezpieczone goją się lepiej? Nie dawało mi to spokoju, myślałam, analizowałam i mam pewien trop: to jest bardzo wczesny termin cięcia. Drewno jest wtedy jeszcze uśpione, suche, a na dworze zimno i mokro. Cienka warstwa balsamu zabezpiecza więc ranę w tym czasie, a kiedy zrobi się ciepło i sucho, to balsam w większości już nie istnieje i rana spokojnie wysycha. Jest też drugi trop: otóż my nie zawsze korzystamy z balsamu. Często rany po cięciach, zwłaszcza tych dużych, zabezpieczamy wspomnianą w poprzednim poście "maseczką piękności", bo z balsamem wiadomo - albo go za mało, albo go wcięło, albo zapomniało się kupić. Dlaczego o tym nie napisałam? Nie wiem, może podświadomie obawiałam się, że to nie profesjonalne? Balsam jakoś tak lepiej brzmi, he he. a powinnam była, mimo, że pewnie posypały by się gromy, że jak to, krowie gówienko z wapnem na ranę?

    Innym przykładem jest słynna terra preta. Jak widzę, że się nią tak bardzo zachwycają na różnych forach, to dziwnie mi jakoś. Ona jest bardzo dobra, wręcz idealna, ale w dżungli podzwrotnikowej, w zupełnie innym klimacie i ekosystemie. U nas nie zaszkodzi, ale od ideału jej daleko. Dlaczego? Tu muszę wyjaśnić co to jest kapitał węglowy danego ekosystemu. Nie chodzi tu o węgiel czysty, ale ten zawarty w materii organicznej i w glebie. Wszystkie związki organiczne bazują na węglu powiązanym z innymi pierwiastkami. Cały ten węgiel, zawarty zarówno w żywych organizmach, jak w glebie, nazywamy kapitałem węglowym. Bardzo kapitalistycznie! Otóż w dżungli, gdzie jest ciepło i wilgotno, rozkład materii organicznej odbywa się błyskawicznie i tak samo błyskawicznie jest ona przyswajana przez bujnie rosnące rośliny, co sprawia, że warstwa próchnicy jest niezwykle cienka. Tam 95% kapitału węglowego znajduje się w żywych roślinach, a tylko 5% w glebie. Dorzucanie więc węgla drzewnego przemieszanego z substancjami azotowymi (odchody, odpadki) jest bardzo celowe i na długo podnosi żyzność gleby. U nas ten kapitał rozkłada się prawie równo: 50% w glebie, 50% w roślinach. Nie ma więc takiej potrzeby wzbogacania gleby w węgiel. Ten, który zawarty jest w drewnie, słomie, sianie itp. w zupełności wystarczy.

      Następna względność, to klimat i związane z nim rośliny. Na przykład zboża są pochodnymi traw stepowych i odpowiada im klimat panujący na stepach: ciepłe, suche lato, wilgotna wiosna, mroźna, ale krótka zima. A my, ludzie współcześni, upieramy się, żeby zboże hodować np. w klimacie wilgotnym. No i wiadomo, co z tego wynika: bez pomocy chemii to bardzo trudne. Nie chodzi tylko o zboża, to tylko jeden z przykładów, ale o prawie wszystkie rośliny. U mnie np. nie chce rosnąć tymianek. Wegetuje, a potem pada. Normalne - nie odpowiada mu wilgotny, bagienny klimat. O ile dla 2-3 krzewów tymianku mogę stworzyć warunki, jakąś niszę suchą i zaciszną, to dla całego pola jest to prawie niemożliwe.

     Dalej Grażka napisała o tym, że na swojej łące chce walczyć z perzem. Gdyby miała tam zakładać warzywnik, to było by to celowe - tam perz jest plagą. Natomiast na łące czy w sadzie rzecz przedstawia się całkiem inaczej. Otóż tam, gdzie rośnie perz, prawdopodobnie było dawniej pole. Możliwe też, że sypano je nawozami chemicznymi. W takim przypadku perz czyści glebę i przygotowuje ją na rozwój bujnego życia. My na naszej posiadłości zostawiliśmy perz tam, gdzie chcieliśmy mieć zielono. Część stała się regularnie koszonymi trawnikami i podwórzem, część pastwiskiem w sadzie i lasku. W tej chwili mamy przepiękne, wielogatunkowe, naturalne trawniki (koniczynka wsiała się sama) oraz przepiękną murawę w lasku, z każdym rokiem bogatszą i bardziej ukwieconą. Jeśli chcemy mieć kwietną łąkę, to najlepiej zostawić sprawę naturze. Ewentualnie można pomóc przynosząc nasiona z okolicznych łąk i przydroży. Wtedy kosimy raz w roku, pod koniec lata, kiedy kwiaty wysieją już nasiona. Także w sadzie, moim zdaniem, perz nie przeszkadza. O ile wokół młodych sadzonek jest utrzymana "kuweta", czyli czyste zagłębienie w kształcie misy, która służy nam do obfitego polewania drzewek przez dwa pierwsze lata. Potem możemy w niej posadzić chrzan, czosnek i wrotycz, a następnie zapomnieć. Czyli perz nie jest naszym wrogiem. Tym bardziej, że to cenna roślina lecznicza. I nawet mąkę w czas głodu można z niego zrobić...

     Można by tak dalej jechać z przykładami. Wszystko jest względne. Pojawiło się, zwłaszcza obecnie, wielu głosicieli JEDYNEJ SŁUSZNEJ PRAWDY i próbują tę prawdę sprzedać, wręcz zmusić do jej zaakceptowania, bo ich zdaniem jest ona prawdziwsza, niż inne prawdy. Tymczasem jest tylko jedna prawda: dobre jest to, co tu i teraz służy mnie i memu środowisku. A że środowisko jest różne, ludzie też, to sposoby mogą być różne. Ważne, żeby prowadziły do pomnażania szczęścia i harmonii.

środa, 15 lutego 2017

Przycinanie dla opornych

            Nie lubię drzew i krzewów przycinanych, "formowanych" i wykoślawianych, jak jakieś bonzai. Mój mąż lubi, takie skrzywienie zawodowe z ogrodów francuskich. Mamy więc niekończące się spory i różnice zdań. W jednym jesteśmy zgodni: drzewa owocowe, zwłaszcza jabłonie, należy przycinać. Jak wyglądają takie puszczone same sobie, można przekonać się w wielu wiejskich ogrodach, nie tylko tych opuszczonych.
          Właśnie teraz jest dobra pora do przycinania jabłoni. Mąż całe dnie spędza w koronach naszych prawie stuletnich drzew i nareszcie przestał marudzić, że nudno mu, bo nie ma nic do roboty. Ja lubię tę pracę, udaje mi się nieźle, ale ten tego... mam lęk wysokości. To, co mogę zrobić z solidnej domowej drabiny - robię dobrze, ale takich drzewek mamy raptem dwa.
     
        Jabłonie przycinamy pod koniec zimy, przed ruszeniem soków. W żadnym wypadku nie należy tego robić wiosną, kiedy soki już krążą. To jest bardzo szkodliwe dla drzew i odbija się na ich zdrowiu.

       Jak przycinać jabłonie? ano można różnie i różniaste dziwaczne formy ludzie wymyślają, ale stare odmiany najlepiej zostawić w ich naturalnej formie (bo tak i zdrowiej i ładniej), a cięcie potraktować jak dobry makijaż - niby go nie widać, a wygląd inny, lepszy. Najlepiej jest ciąć w roku, w którym spodziewamy się latem obfitego owocowania. Dlaczego? Cięcie powoduje często wyrastanie tzw. "wilków" i niepotrzebne zagęszczanie korony. A drzewo zajęte owocowaniem wypuszcza tych wilków o wiele mniej.

      W takim wydaniu przycinanie jest dość proste, wystarczy kilka prostych reguł i trochę artystycznego wyczucia. No i odpowiednie narzędzia.

    Narzędzia to: drabina, piła do gałęzi, sekator, ewentualnie piła mechaniczna, jeśli trzeba wyciąć grubszy konar, balsam do smarowania ran (ważne!) i dobry wzrok.

      Tak uzbrojeni przyglądamy się dokładnie drzewu, jego formie i ewentualnym nieprawidłowościom, a następnie zabieramy się do pracy.

       Na pierwszy ogień idą gałęzie suche, chore lub złamane, to oczywiste. Często na starych odmianach można spotkać raka bakteryjnego. Mój mąż na początku chciał wszystko wycinać, ale zostały by gołe pnie, co nie jest naszym celem. Okazało się, że naszym jabłonkom rak bakteryjny niewiele szkodzi. Rosną i owocują pięknie. wycinamy, co się da, a co się nie da, zostaje. I żyją sobie dalej.

     Następnie ucina się gałęzie wyrastające pionowo do góry z konarów bocznych i oczywiście wszystkie "wilki". Chyba, że z wilka chcemy wyhodować nową gałąź, bo akurat w tym miejscu korona jest łysa. Wtedy go tylko skracamy.

   W końcu ścinamy gałęzie, które się krzyżują, włażą w środek korony itp. Tu właśnie potrzebne jest wyczucie i oko artysty. Korona powinna być regularna i prześwietlona.

     Tniemy nie za blisko i nie za daleko od miejsca, z którego wyrasta gałąź. zostawiamy niewielki kikutek - tak 2-3 cm. Ścinamy też pod kątem, żeby na ranie nie zatrzymywała się woda i kurz. wilki i cienkie gałązki ścinamy tuz przy pniu. Tu różne są zalecenia, ale my robimy tak właśnie.
     Jeśli konary grożą złamaniem pod ciężarem owoców, to należy je skrócić. Ewentualnie pomyśleć o podpórkach w odpowiednim czasie.

     Miejsce cięcia od razu zasmarowujemy balsamem ogrodniczym. To ważne, bo miejsce cięcia to otwarta rana, przez którą mogą dostać się bakterie i zarodniki grzybów.

     I już - praktycznie każdy może przeprowadzić sam takie kosmetyczne cięcie.Jeśli ktoś się waha, to dobrze jest pamiętać, że lepiej jest przyciąć za mało, niż za dużo, bo zbyt gęstą koronę można poprawić w następnym roku, a pochopnie wyciętych gałęzi już się nie przyszyje.

     Na koniec możemy zrobić drzewom maseczkę piękności, czyli pomalować pnie wapnem. ale nie takim zwykłym, wulgarnym wapnem, nawet nie ogrodniczym, tylko wapnem ogrodniczym z dodatkami. Takimi ulubionymi przez jabłonki dodatkami jest glina i świeży, czysty nawóz krowi. Wszystko to mieszamy z wodą (wapno, glinkę i krowie placki) i zostawiamy, żeby odpoczęło ok. 48 godzin. Znów mieszamy i dodajemy trochę wody. Paćka powinna mieć konsystencję śmietanki, jeśli ma przynieść jakiś efekt poza estetycznym.
    Uzbrajamy się w szczotkę - ryżową do młodych, gładkich pni i konarów i drucianą do tych grubą korą pokrytych. Czyścimy pnie i aplikujemy grubym ławkowcem solidną, grubą warstwę maseczki piękności.
     Twierdzi się, że drzewo przez korę nie wchłania ani wapna ani substancji odżywczych. No cóż NA RAZIE tego nie stwierdzono, ale ta maseczka naprawdę pomaga. Nawet jeśli się nie wchłania, to powoli, stopniowo zmywana deszczem i ścierana wiatrem wpływa na odczyn gleby wokół drzew (a jabłonie lubią glebę wapienną), odkaża, chroni przed słońcem i pękaniem.
  
     Kiedyś, kilka lat temu, zebrało mi się na fantazję i do wiaderka z wapnem dodawałam spożywcze farbki (takie, jak do malowania jajek). Do każdego drzewa inną... Miałam sad w pastelowych kolorkach full wypas. ale na ogół maluję na kremowo-biało.






poniedziałek, 30 stycznia 2017

Sprzymierzeńcy

        Powinnam ten artykuł zatytułować "Walka biologiczna", ale wszelka walka mi się źle kojarzy. Mamy więc sprzymierzeńców w walce.
        Przez lata właśnie tę walkę o przeżycie podkreślano w naukach biologicznych, pomijając współpracę i synergię. Dziś, zwłaszcza w niektórych środowiskach, panuje przeciwny, przesłodzony trend do traktowania przyrody jako czegoś milusieńkiego i wolnego od wszelkiej przemocy. Z rozbawieniem obserwowałam oburzenie, jakie wywołało zdjęcie sikorek pożywiających się na jelonku zabitym przez wilki. A co dopiero, gdyby ludzie widzieli, jak te milusieńkie ptaszeczki zabijają nietoperze czy inne ptaki! Trudno, każdy chce żyć, a dla nich to kwestia przeżycia zimą. Właśnie ta drapieżność sikorek czyni z nich naszych sprzymierzeńców w ogrodzie - w sezonie jedna rodzina sikorek pochłania całe kilogramy mszyc, gąsienic i innych owadów.
     Świat zamieszkany przez łagodnych roślinożerców (jak to się marzy niektórym) zginąłby bardzo szybko, wraz z ostatnim zielonym źdźbłem.

      Normalnie przyroda pozostaje w równowadze, żaden gatunek nie rozmnaża się nadmiernie, wszystkie trzymają się nawzajem w szachu, żaden też nie ginie. Jeśli jednak ten cudowny system zostanie rozregulowany, mamy plagi szkodników. Czynników rozwalających równowagę jest mnóstwo: naturalne, jak wybuchy wulkanów, zmiany pogody czy klimatu i sztucznych, czyli głównie działalność człowieka, który wtrąca się w to, czego nie rozumie i niszczy równowagę na wielką skalę.
      Przyroda pozostawiona samej sobie potrafi wrócić do równowagi i zaleczyć rany, jeśli jednak rany są drażnione i powiększane przez człowieka, to skutki są nieprzewidywalne i wręcz katastrofalne na dłuższą metę.

      Często piszą do mnie ludzie zdesperowani atakami "szkodników" w swoich ogrodach. Każdy taki atak jest znakiem zaburzenia równowagi. I o tę równowagę warto zawalczyć, nie o chwilowe zlikwidowanie "szkodnika", który i tak będzie wracał z coraz większą siłą.

       W tej walce mamy wielu sprzymierzeńców, nie tylko tych znanych ale i mnie znanych. Znani: ropuchy, jeże, węże, ptaki (w tym sikorki), biedronki.
       Mniej znani: skorki, osy i mikroosy (w tym bardzo użyteczna Aphidius, która pasożytuje jaja mszyc), dzikie pszczoły, trzmiele, złotooki nematody i w sumie większość owadów. Tak, kochani, większośc owadów jest pożyteczna, pajęczaki także.

      W walce biologicznej nie chodzi o zupełne zlikwidowanie zwierząt czy owadów szkodliwych, ale o utrzymanie ich w granicach akceptowalnych dla wszystkich. Gdybyśmy zlikwidowali je całkowicie, to skazali byśmy na śmierć głodową naszych sprzymierzeńców i kto by nas bronił w przypadku następnego ataku? A że szkodniki rozmnażają się bardzo szybko, w przeciwieństwie do organizmów pożytecznych, to widzicie efekty?

      Jak zadbać o naszych sprzymierzeńców? Najlepiej zapewniając jak największą bioróżnorodność i zostawiając skrawki dzikiej natury dookoła naszego ogrodu. Niezastąpione są tu naturalne, dzikie żywopłoty, gdzie większość pożytecznych dla nas gatunków znajduje schronienie i pożywienie. Ważne są też dzikie zarośla, w tym pokrzywy. Zarośnięty burzanami kawałek ziemi to nie bałagan, to kwatera główna i matecznik pożytecznych żyjątek. Nawet plaga nornic może być zmniejszona nie tylko przez duże drapieżniki, ale przez bakterie i pasożyty.
       Zachodzą tu ciekawe zależności, które warto prześledzić. Bardzo pożyteczne trzmiele lubią gnieździć się w opuszczonych mysich norkach. Jeśli więc zlikwidujemy wszystkie myszy, to trzmiele też wyginą....

      Oczywiście, takie podejście wymaga cierpliwości i umiejętności, efekty przychodzą powoli, nie natychmiast. Dotychczas była to opcja dla wybranych, którzy po kilku latach mądrego gospodarowania wspólnie z naturą zadziwiali świat urodzajnością i pięknem swoich ogrodów. Bo tu trzeba mieć mądrość, otwartość i cierpliwość oraz nieustannie uczyć się i obserwować. To nie jest opcja dla głupich i leniwych. Tylko że może się niedługo okazać, że innej opcji nie ma, jeśli chcemy przetrwać i żyć godnie. Już teraz ziemia uprawna jałowieje w tempie, o jakim się naukowcom nie śniło, a czynniki rakotwórcze pochodzące z herbicydów i insektycydów występują nawet w mleku matek. Nie mówiąc już o spadku płodności mężczyzn. Działanie przeciw naturze prowadzi do Wy-naturzenia człowieka. Działanie zgodne z naturą zapewnia zdrowie, komfort psychiczny i fizyczny oraz daje mądrość i spokój ducha.

       Na zachodzie można kupić już środki naturalne, które mogą nam pomóc w sytuacjach kryzysowych: biedronki, syrfy, drapieżne osy, Baccilus thuringiensis, pułapki feromonalne. Są one stosowane wszędzie w tej chwili w ogrodach miejskich, pałacowych i pokazowych oraz przez wielu ogrodników i rolników ekologicznych. Ci, którym udało się wprowadzić równowagę na swoich ekspoloatacjach podkreślają, że są to tylko protezy, którymi można podeprzeć się od czasu do czasu, najważniejsze jest, żeby raz uwolnione pożyteczne owady zadomowiły się w naszym ogrodzie i w okolicy.
      U nas w naturze przetrwało wielu sprzymierzeńców, ważne jest, aby zaprosić ich do siebie i pomóc się zadomowić.
Co możemy zrobić?
- Dbać o bioróżnorodność, nie walczyć przesadnie z chwastami ani nie dbać przesadnie o czystość.
- Zostawić fragmenty dzikiej natury w naszym ogrodzie - żywopłoty, kępy krzewów, pokrzyw, fragment niekoszonej trawy, dzikie rośliny.
- Siejmy i sadźmy kwiaty bogate w nektar i pyłek.
- Ustawiajmy hoteliki dla owadów.
- NIE PANIKOWAĆ I NIE SIĘGAĆ NATYCHMIAST PO ŚRODKI CHEMICZNE, JEŚLI GDZIEŚ ZAUWAŻYMY NIEPOŻĄDANE MSZYCE CZY INNE OWADY. Zwłaszcza jeśli ich ilość nie zagraża plonom albo występują np. na roślinach towarzyszących. Obserwujmy i cieszmy się, że służą za żłobek dla naszych sprzymierzeńców.
Jedynym wyjątkiem jest stonka. Ta praktycznie nie ma u nas naturalnych wrogów i niestety, trzeba albo ją zbierać ręcznie albo zrezygnować z ziemniaków uuuuuuu.

Oto złotook, nieustraszony pożeracz mszyc. Czasem na przedwiośniu można spotkać go w domach, kiedy wychodzi z zimowych kryjówek.


czwartek, 26 stycznia 2017

Warzywnik idealny

      Tak sobie rozmarzyłam się o ogrodzie stworzonym według zasad współżycia z naturą. Widzę go prawie. I jest on piękny i pożyteczny.
      Od północnych i północno-zachodnich wiatrów chroni go naturalny sad, taki leśny sad, gdzie różne drzewa rosną wymieszane, rodzą owoce i cieszą oko.
      Cały warzywnik otoczony jest żywopłotem, niskim od wschodu i od południa. Mogą to być porzeczki, maliny, róże owocowe, niskie drzewka owocowe, bzy, wysokie byliny, berberysy, głogi - co komu w duszy gra, a najlepiej radosna i kolorowa mieszanka wszystkiego. W żywopłocie gnieżdżą się ptaki i jeże i wiele innych żywych, darmowych pomocników. Ptaki wiją gniazda, śpiewają, wyjadają mszyce i gąsienice.

     W takim warzywniku obowiązkowo znajduje się oczko wodne, staw lub naturalny strumyk (o to ciężko, ale czasem się zdarza) tworzący rozlewisko. woda jest bardzo potrzebna w ogrodzie, nadaje mu właściwy klimat, służy za miejsce wodopoju i rozmnażania ropuch, naszych głównych sprzymierzeńców. rosnące w wodzie trzciny mogą wzbogacić kompost.
     Na małych działeczkach wystarczy duża balia z wodą lub niewielkie oczko. Lepiej nie wprowadzać tam ryb, bo wyżrą nam ropuszki. Ja musiałam - komary były straszne, a oczko jest na tyle duże i zarośnięte, że dość skrzeku się tam uchowa. Ale gdybym musiała podjąć decyzję jeszcze raz - to nie dawała bym ryb. To w tym naszym sztucznym oczku wodnym po raz pierwszy w życiu widziałam trytony, czyli traszki.

     W idealnym warzywniku nie używamy żadnych "polepszaczy" chemicznych, które docelowo zabijają całe życie w glebie, ale pozwalamy pracować drobnoustrojom, dżdżownicom i innym skarabeuszom. One wykonują za nas większość roboty.

     Grządki wzniesione, wały, grządki płaskie (po rozłożeniu się wałów) tworzą mozaikę. W kształcie mandali, spirali, prostokątów, kwadratów czy w równych rzędach - jak komu w duszy gra, jak komu wygodniej.
      Tunel foliowy lub szklarnia w naszym klimacie są prawie niezbędne, pozwalają przedłużyć czas życia roślin i zbiorów o kilka tygodni. Jeśli chcemy mieć własne pomidory, papryki i oberżyny, to w większości polskich regionów jest niezbędny.

     A na grządkach? Kolorowy bałagan! Rośliny posadzone według reguł dobrego sąsiedztwa, wymieszane ze sobą, nawzajem się chroniące. I kwiaty, dużo kolorowych kwiatów przywabiających owady i pomagających uzdrawiać glebę, a jednocześnie służących do sporządzania sałatek i lekarstw - lawenda, nagietek, aksamitka, ogórecznik, rumianek i wiele innych.
     Czy ktoś wie, jak słodko pachną kwiaty bobu? A jak ozdobne są słoneczniki!

     Dość gęsto posiane rośliny zacieniają glebę, co sprawia, że pielenie potrzebne jest tylko na początku, potem można zadowolić się tylko wyrywaniem pojedynczych dzikich roślin. A co z nimi? Większość też nadaje się do spożycia i posiada nawet więcej witamin, niż warzywa. zupa z żółtlicy, szpinak z pokrzywy czy komosy, młode listki perzu w sałatce....

    Jeśli lubi się swój ogród, to prawie ma się ochotę w nim zamieszkać. Nie tylko pracować, ale odpoczywać, czytać, kontemplować i (czemu nie?) nawet spać. Czujemy go jak przedłużenie naszego jestestwa, naszą prywatną przestrzeń osobistą. Stapiamy się z nim i jest nam tam dobrze i bezpiecznie. A bezpieczeństwo to jest nie byle jakie - będziemy zawsze mieli co jeść, czym się umyć (mydlnica), czym się leczyć i pielęgnować urodę. Co w obliczu ciągle wyższych cen bezwartościowej żywności i rosnącej inflacji jest niebagatelne. A tu, prawie za darmo, mamy cały dobrobyt.


wtorek, 24 stycznia 2017

Warto

       Dlaczego warto mieć ogród, a przynajmniej ogródek? Czy w ogóle warto? Kiedy człowiek patrzy na smutne spłachetki trawy otoczone przez cmentarne iglaki, to wydaje się, że wielu ludzi uważa, że nie warto.... Gdzie się podziały uśmiechnięte, radosne przedogródki, kipiące życiem i kolorami? Gdzie przydomowe warzywniki, pyszniące się głowami kapusty, szeptami między marchewką a szczypiorkiem? W jaki sposób, dosłownie w ciągu kilku - kilkunastu lat zabito w ludziach chęć do uPrawy ziemi, do tej kolorowej, rozbuchanej radości?

     A przecież warto, bardziej niż cokolwiek innego, warto wrócić do ogrodów, naturalnych, bujnych życiem podziemnym i powietrznym, pachnących jak kadzielnice, szemrzących na wietrze.

    Pierwszy powód jest taki, że coś w nas jest takiego, że jesteśmy szczęśliwsi w otoczeniu drzew i roślin, niż w najpiękniejszej architekturze. To tkwi głęboko w podświadomości i nie da się tego usunąć. Tak po prostu jest. Ziemia daje siłę, jak w micie o Anteuszu. Kiedy dotykamy ziemi, w naszym wnętrzu uruchamiają się rezerwy siły i spokoju.
   Drugi powód to taki, że naprawdę w ziemi żyją bakterie, które wyzwalają w naszym ciele hormon szczęścia. Trzeba tylko, żeby gleba była żywa, pełna naturalnej próchnicy i nieskażona herbicydami i innymi środkami chemicznymi, bo one zabijają wszelkie życie w glebie.

   Powód trzeci to taki, że to najzdrowsze spędzanie czasu na świeżym powietrzu. Oprócz zróżnicowanej gimnastyki otwiera też "kanały twórcze" i daje niesamowitą satysfakcję, a także wymierne korzyści w przypadku warzywnika oraz korzyści estetyczne i zdrowotne.

     A czwarty powód jest taki:
Jeśli chcemy, aby nasze poŻywienie naprawdę nas żywiło i dawało zdrowie, musimy wziąć sprawy we własne ręce. Tym bardziej, że warzywnik też może być piękny. Nawet częściowe tylko uzupełnianie diety własnymi warzywami i owocami może nas postawić na nogi i dać taki zapas sił, jakiego nie dadzą sztuczne witaminy z apteki.
Ojciec Klimuszko twierdził, że w roślinach jest coś więcej, niż tylko substancje odżywcze i witaminy. Jest coś, co nazywał siłą życiową. Najwięcej mają jej rośliny dzikie z naturalnego, czystego środowiska. A zaraz po nich rośliny z naturalnych, ekologicznych warzywników, gdzie rosną w warunkach zbliżonych do naturalnych.

         Mając szczęście i zdrowie w zasięgu ręki, możemy z niego skorzystać w każdej chwili. To jeszcze narazie nie jest zabronione. Na szczęście! Schrońmy się więc w naszych ogrodach i czerpmy pełnymi garściami z dobra, jakie nam dają.
 Piękno i pożywienie, schronienie dla duszy i zdrowie dla ciała. Naprawdę warto uprawiać ogrody. Można to robić bez zbędnego wysiłku, na miarę naszych możliwości i naszej wyobraźni. Takie trochę dzikie, trochę niesforne są najpiękniejsze i najzdrowsze. I my w nich stajemy się piękniejsi i młodsi.


środa, 11 stycznia 2017

Nuda

         Pamiętam dobrze moje dzieciństwo i to bardzo wczesne, niektóre wspomnienia są nawet z czasów, kiedy jeszcze nie mówiłam. A zaczęłam mówić, zanim skończyłam rok. Prawdopodobnie była to w miasteczku sensacja - bobas na rękach, z czarną, zjeżoną czupryną, drobniutki, który mówi całymi zdaniami! Pamiętam więc momenty, kiedy się nudziłam. A były to tylko i jedynie momenty, kiedy zmuszano mnie do bycia "grzeczną" i krępowano moją wolność. Zostawiona sama sobie nigdy się nie nudziłam, wprost przeciwnie - świat był tak zajmujący, a możliwości tyle, że zapominałam nawet o jedzeniu.
        Pamiętam jedno takie zderzenie między pojmowaniem świata przez małe dziecko, a jego pojmowania przez dorosłych. Rodzice zabrali mnie na wózku na spacer drogą wiodącą nad rzekę (och, te rodzinne spacery - moja zmora aż do lat nastoletnich, kiedy wystrojone musiałyśmy odbyć niedzielny spacer z rodzicami, tak, jakbyśmy byli kochającą się rodziną, sztywny, nastawiony na "jak nas widzą"!). Po obu stronach drogi były łąki porośnięte firletką i jaskrami. Całym jestestwem małego człowieka chciałam biegać po tych łąkach, dotykać, widzieć i obserwować świat owadów i roślin. Robić coś, po krótce. Wyrywałam się z wózka, więc ojciec przeskoczył rów i przyniósł mi bukiecik kwiatów. co za pomyłka! Ja nie chciałam MIEĆ martwych kwiatów, ale uczestniczyć w życiu łąki! Upuściłam bukiecik i ciągle domagałam się wolności. Oczywiście, w ich mniemanu byłam paskudnym, rozpuszczonym brzdącem, które nie wie, czego chce.
       Zderzenie dwóch świadomości - dziecięcej, która chce uczestniczyć, odkrywać i być wolną i dorosłej, nastawionej na "mieć", zamiast "być".
     
        Tak ogólnie, to nuda często była konstruktywna. Iluż to rzeczy nauczyłam się, żeby przed nią uciec! Czytać i szydełkować nauczyłam się, zanim poszłam do szkoły. Moja matka pracowała w domu, dziergając serwetki szale dla spółdzielni chałupniczej, więc ją naśladowałam. Zatrzymywano mnie w domu w wypadku częstych chorób (jakoś nikt nie dostrzegł, że powracające bronchity i zapalenia oskrzeli to skutek przegrzania i alergii), więc czytałam, malowałam, lepiłam. Niechcący, przesiadując w kuchni z babcią, która świetnie gotowała i mówiła przy tym, co robi, nauczyłam się gotować...
        W szkole też często nudziłam się (ogólnie wspominam szkołę jako koszmar) - kiedy moi koledzy sylabizowali w elementarzu, ja czytałam pod ławką Trylogię albo Czterech Pancernych. Pamiętam jeszcze zdumienie na twarzy nauczycielki, kiedy wyciągnęła mi książkę spod ławki! Nic nie powiedziała. Nauczyłam się też dokładnie geografii. Co było robić, kiedy nauczyciel kazał przeczytać lekcję z książki, a sam wychodził pociągać alkohol w schowku na przyrządy gimnastyczne? Z czytaniem uporałam się w 10 minut, a przez resztę czasu studiowałam atlas geograficzny, wymyślając przyszłe podróże.

        Aby nie nudzić się w domu wolnym czasie i nie uczestniczyć w domowych konfliktach, chodziłam na wielogodzinne wędrówki po okolicy. Wiem, dla samotnej dziewczynki to niebezpieczne, ale nigdy nic złego mi się nie zdarzyło. To były najpiękniejsze chwile mego dzieciństwa i dojrzewania. Wiele cudów wtedy widziałam i doświadczyłam.

       A wspólne zabawy z innymi dziećmi? Ten dreszczyk emocji, te kłótnie i godzenie się. Miałam w tym czasie przyjaciółkę, słabą uczennicę, ale wspaniałą liderkę. To ona zabierała mnie na ryzykowne wyprawy przez płoty, żeby wykradać owoce i warzywa z ogrodów (mieliśmy swoje, ale liczył się dreszczyk emocji), ona zabrała mnie pod ziemię, żeby błądzić w labiryncie budowanych właśnie kanałów ściekowych, ona organizowała zawody w skokach wzwyż na kawałku piasku, z nią chodziłyśmy po liście do parku (żeby zrobić ściółkę kurom jej babci) i po resztki ziarna do pustych wagonów kolejowych, stojących przy elewatorze. To ona organizowała zawody w skokach z huśtawek na placu zabaw. Dzięki niej moje dzieciństwo miało kolor i smak przygody. Oczywiście, w domu obrywałam cięgi, bo to "nie było dobre towarzystwo" - nieślubne dziecko z biednej rodziny, ale już nauczyłam się, że "dorośli są głupi". Tak, jakby u nas było idealnie! A nie było.

     Dziś robi się wszystko, aby dzieci się nie nudziły. Cały czas mają zajęty, ciągle są pilnowane i kierowane. Zmuszane do tego, co lubią dorośli. Co za koszmar!

     Obecnie też lubię czasem się ponudzić. Patrzę w okno, na ptaki zlatujące się do karmników, na słońce i chmury. I myślę. Wiele wspaniałych myśli zrodziło się w ciszy i spokoju. Myślę, że nasi przodkowie spędzali wiele czasu zimą, patrząc w okno albo siedząc na przyzbie. A potem wstawali, szli i podbijali imperia (Rzym i Bizancjum), po czym wracali do swego okna i myśli lęgły się w ich głowach...

      Widzę, jak młodym często ciężko jest przeżyć pierwszą zimę na wsi. Nie umieją oswoić nudy, spojrzeć sobie w twarz i znaleźć tam potencjał twórczy. Muszą mieć zaplanowane zajęcia, rozrywki, żeby "zabić czas". Właśnie - zabić, a nie celebrować. Czasu zabić nie można, on jest i kpi z naszych prób zapomnienia o nim. Można go natomiast celebrować i wykorzystać. Nie myśleć o niczym konkretnym, nic nie musieć. Po prostu zapatrzyć się na świat. "Zapatrzony" - są takie obrazy. Tak nazywano ludzi, którzy w jakiś sposób zapatrzyli się, przebijając otoczkę "rzeczywistości". Rodziły się z tego zdumiewające rzeczy. Albo dla tej osoby, albo nawet dla świata.
  
      Nie bójmy się nudy, szukajmy jej. Ona nam podpowie, co możemy wydrzeć ze swoich trzewi, co możemy zrozumieć, co zrobić. Nie walczmy z nią. Ona jest naszym najlepszym sprzymierzeńcem.